The best topic

*

Wiadomości: 3
Total votes: : 1

Ostatnia wiadomość: 13 Lipiec 2024, 19:41:13
Odp: Na starość też można prowadzić ... wysłana przez StaryM

"Do widzenia, do jutra..."
1960.

Film oparty na autentycznym wydarzeniu z życia Cybulskiego. W roli Margueritte (także postać autentyczna) szesnastoletnia Teresa Tuszyńska. Cały film opowiada o spotkaniu dwojga młodych ludzi i chęci spędzenia razem tych ostatnich godzin dzielących ich od rozstania - dziewczyna, córka francuskiego konsula musi bowiem wracać do siebie...
W tle gdański kabaret studencki Bim-Bom i jego członkowie. Młodzi polscy aktorzy. Wielu debiutuje.
To także debiut reżyserski Janusza Morgensterna.
Film nakręcono w stylu francuskiej "nowej fali", gdzie poszczególne luźne epizody "zakłócają" porządek biegu głównego wątkowi.
Film niezwykle magiczny, mocno nastrojowy. Poezja choć w odcieniach bieli i czerni... Kolory tworzą się w naszych umysłach...


Jerzy Kawalerowicz dzielił swoje życie na podróży pomiędzy Warszawą a Szczecinem. Pomiędzy żoną a kochanką (późniejszą żoną). I właśnie obserwując współpasażerów podczas jazdy narodził się u niego pomysł nakręcenia tego filmu.
Bardzo subtelny film. To raczej analiza duszy każdego człowieka jadącego tym pociągiem. Każdy coś w życiu osiągnął i coś stracił. Każdy za czymś tam tęskni, sam nie za bardzo wie co to ma być... Jakby od pewnego miejsca nie mieli recepty na to co dalej z tym życiem robić. Jakaś dziwna wspólnota absolutnie samotnych ludzi. Nie potrafiących normalnie koegzystować, czających się, łatwo też poddających się, uległych... Cała ta podróż też jakby była zupełnie bez celu.
Dla mnie to kolejny i chyba najdoskonalszy film rozliczający się z wojenną traumą. Nadal słychać odgłosy bombardowań. W głowach. Nie da się wtedy normalnie żyć, kochać...

Muzyka!



1971, "Dzięcioł".

Debiut reżyserski Jerzego Gruzy jeśli chodzi o film kinowy. Kiedy się spojrzy na obsadę to człowiekowi aż szczęka opada.
A sam film? Hmm.
Komedia. Satyryczna.
Oglądałem w odcinkach (wspominałem - upały). Ale i sam "mocno specyficzny". No dobra. Satyra satyrą ale film raczej głupawy. I nie chodzi o fabułę. Raczej reżyser pokpił sprawę. Momentami miałem wrażenie dużej nieudolności. Miejscami fajne gagi ale wyszły jak przy przysłowiowym spaleniu dowcipu przez osobę niepotrafiącą odpowiednio go sprzedać. Mało brakowało żeby jeszcze Gołas się jąkał w trakcie wypowiadania swoich kwestii.  :)
Ale jedna scena powala. Humorem, luzem, radością i ciągłością sceny (czyli nie ma się wrażenia, że jej poszczególne etapy były realizowane w różnych dniach i o różnych porach i potem zmontowane w całość). Jak odwiedza głównego bohatera - a raczej jego niedoszłą zdobycz - sanitariuszka. Wojskowa! Irena Kwiatkowska. No, to jest mistrzostwo świata. W tym momencie oglądamy film na stojąco!
I już wiem skąd się wzięła w "czterdziestolatku" kobieta pracująca. 

Słomiany wdowiec (Gołas) pod nieobecność swojej żony (Janowska) postanawia zerwać z wizerunkiem ciapy i poderwać (a raczej dosadnie - wyrwać) jakąś kobitkę.


"Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy." 1973.

Czarno-biały film będący wspólnym przedsięwzięciem Gruzy (reżyseria) i Himilsbacha (scenariusz).
O dziwo ten drugi w nim nie występuje, tylko podkłada głos "45-latkowi wyglądającemu na 60-latka". To mógł wymyślić tylko Jan Himilsbach :)

Idealny film na deszczowe wieczory. Niecała godzina. Siedem lat przeleżał na półce, bo cenzurze nie spodobało się ukazanie w nim innego wizerunku socjalistycznego społeczeństwa od tego jedynie słusznie wskazanego.
Jeśli ktoś lubi filmy Barei, "Rejs" Piwowskiego - to ten jest dla niego pozycją wręcz obowiązkową. Nie wiem w jakim stopniu reżyser odcisnął swe piętno na jego charakterze; ja uważam, że każda sekunda, każda klatka tego filmu należy w całości do Himilsbacha. A Maklakiewicz wręcz fenomenalny. Takie filmy to jego naturalne środowisko.
Nie wiem też, czy aby duet Tym-Bareja nie stali za plecami i nie podpowiadali pewnych dialogów czy scen... Jak ta z rozdawaniem prezentów. I lalka łowicka... :)
Genialny film.

"Gdy ci życie ucieka kochany, to nie goń go..."


#54 06 Listopad 2017, 22:20:43 Ostatnia edycja: 06 Listopad 2017, 22:22:36 by Darion
"Opowieść harleya", 1987.

Biedny uczeń szkoły zawodowej wzdycha do pięknej licealistki z lepszego domu, której rodzice wybrali już kandydata na męża - zamożnego posiadacza mercedesa. Posiadacz tylko marnego motoroweru dostaje jednak do ręki odpowiedni atut - lśniący motocykl marki Harley-Davidson. Równie reprezentatywny, a w realiach ówczesnej Polski nawet bardziej egzotyczny od samochodu swego konkurenta.

To taki typowy film połowy lat osiemdziesiątych. Nie wiadomo do końca o czym.
O wielkiej miłości nastolatków? O czasie, który jej raczej nie sprzyja? Przemijaniu nawet tego (według gorących zapewnień) nieprzemijalnego... I to tak z pokolenia na pokolenie.
Gra pełna przerysowanych gestów rodem z Adolfa Dymszy znana z polskiego przedwojennego kina. Wszystko wybitnie przemawia za tym, żeby tego filmu jednak nie polecać. Fatalne dialogi, koszmarne gagi. Brr...
To zresztą jedyny film kinowy tego reżysera, Wisława Helaka. Chociaż scenariusz, gdyby traktować go jako czyjąś opowieść jest całkiem fajny. Jego współtwórcą był Tomasz Tryzna (autor powieści "Panna nikt").
Ale wtedy, w realiach ówczesnej Polski, ten film odbierało się zupełnie inaczej. Już samo to, że traktował o młodzieży powodowało zapełnienie przez tenże gatunek sal kinowych do ostatniego miejsca. Harley, skóra, miłość... Kiedyś żyło się marzeniami. Wyłącznie.
Dziś śmieszy. Jeszcze ta czołówka filmu.
Ale plakat zabójczy. (No, prawie że) Całkiem jak z amerykańskiego filmu drogi. Kiedyś się pytało o takie w kasach kinowych, ale nigdy nie mieli... :)
Fajne "przerywniki" w postaci piosenek. Zwłaszcza te o motocyklu.
Był fajny pomysł, zepsuto realizacją. Ale...

http://ekino-tv.pl/movie/show/opowiesc-harleya-1987-lektor/12350

#55 12 Grudzień 2017, 22:20:54 Ostatnia edycja: 12 Grudzień 2017, 22:25:44 by Darion
Ile razy podchodziłem do niego, tyle razy zrażał mnie jego tytuł - "Prawo i pięść".
To coś jak "Pierścień i róża" o księciu... Lulejko ?

Film z 1964 roku. Czarno-biały.
Opowiada o życiu w pierwszych latach po wojnie na Ziemiach Odzyskanych. Spodziewałem się więc mega propagandowej papki w tak nachalnym stylu jak to tylko można sobie wyobrazić. W dodatku film został okrzyknięty jako polski western. Też ciężko zaakceptować. Wiadomo - preria, Indianie... :)
Długo kazał na siebie czekać. Ale Holoubek...
Właśnie go sobie przypomniałem.

Tymczasem to sprawnie zrealizowany dramat psychologiczny w konwencji westernu. Dramat człowieka (Holoubek), któremu udało się przeżyć wojnę i pragnie juz teraz tylko normalności, spokoju. Zrażony do ludzi, którzy tyle złego wnieśli także w jego życie, pragnie jedynie zaszyć się z dala od nich najlepiej w lesie, obejmując posadę leśniczego. Czy tego chce, czy nie - musi się stać "samotnym jeźdźcem" i stanąć do walki ze złem. Złem, które karze mu się wyrzec człowieczeństwa, uczciwości, prawości... Tego wszystkiego co udało mu się zachować w sobie (bohater to były więzień obozu koncentracyjnego) przez całą wojnę. Teraz?

Można mówić, że główna postać uosabia wzorowego komunistę, który walczy o wspólne (państwowe) dobro. Ale czy naprawdę takie było założenie reżyserskie? To film ze "złotej ery" propagandy socjalizmu. I jeśli mamy się tego domyślać, to pewne jest, że tak nie było. To swoiste studium ludzkich zachowań z głównym przesłaniem: bądźmy uczciwi do końca, bez względu na okoliczności. Nawet jeśli świat wokół to wyłącznie Dziki Zachód.




#56 16 Kwiecień 2018, 21:58:44 Ostatnia edycja: 16 Kwiecień 2018, 22:02:13 by Darion
"Matka Joanna od Aniołów" Jerzego Kawalerowicza, 1961.

Film, którego za pierwszym razem chyba nawet nie obejrzałem do końca. Bo to jest film raczej dla bardziej dorosłych ludzi. Ludzi, którzy już potrafią dostrzec pewne subtelne przesłania, nie tylko zwyczajnie patrzeć na przedstawiany obraz.
To film o ludzkiej naturze.
Tej najbardziej wysublimowanej, bo dotykający sfery miłosnej. O grze jaka się toczy w umysłach głównych bohaterów na tym gruncie; głównie samych z sobą.
Film o pragnieniu wolności tłumionej przez surowe reguły życia w świecie niezwykle konserwatywnym.
To, że akcja rozgrywa się w klasztorze w tym przypadku nie ma absolutnie żadnego znaczenia. W takim filmie to tylko alegoria. Stąd ówczesna władza także i ten film miała na cenzurowanym (Kościół znowu uważał, że zwykli ludzie odbiorą go za dosłownie).
To film stawiający pytania. Bardzo wymagający. Trudny. Skłaniający nas do przemyśleń, własnych interpretacji. Mocno nas w to wszystko angażujący. I jeśli nie jesteśmy na coś takiego gotowi - a ja w bardzo młodym wieku nie byłem zdecydowanie - nie jest jeszcze dla nas...

Scenariusz filmu oparty na opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza. Film uznawany za jeden z najważniejszych w polskiej kinematografii. Martin Scorsese uznał go za wybitne arcydzieło światowego kina.


#57 02 Wrzesień 2018, 12:04:34 Ostatnia edycja: 02 Wrzesień 2018, 12:06:50 by Darion
Dlaczego poszedłem wtedy do kina na ten film? A przez tytuł właśnie.
W tamtym czasie panowała u nas moda na filmy karate. "Wejście smoka" zaś było tego ukoronowaniem...
Kiedy tylko w jakimś kinie pojawiał się taki film waliliśmy tam drzwiami i oknami.
Chciałbym się teraz przenieść w czasie i posłuchać tych wszystkich odgłosów karate (rzecz jasna paszczowych) wydawanych przez wychodzących z kina :)

Ten film miał mieć pierwotnie tytuł "Drzazgi", ale ta moda - tak więc ostatecznie na plakatach widniało "Karate po polsku". Film z 1982 roku.

Dwoje artystów plastyków (w tym jeden mistrz karate) przyjeżdża na zaproszenie miejscowego proboszcza, by w kaplicy odnowić naścienne freski. Wkrótce dołącza do nich koleżanka/dziewczyna/żona głównego bohatera...
Jak to zawsze bywa przy takich okazjach ich przybycie burzy spokój jakiemu się codziennie oddają miejscowi chuligani... Burza wisi w powietrzu.
A co z karate? Uśś, uśś...
A jest. Dokładnie tyle ile kakao w wyrobie czekolado podobnym z tamtego okresu.
Jeszcze nigdy wcześniej nie wychodziłem z kina tak zawiedziony!

Film naprawdę fajny. Sprawnie nakręcony. Tradycyjnie już w roli pierwszego chuligana Zbigniew Buczkowski. Wspaniale ukazane życie na ówczesnej prowincji, te wszystkie międzyludzkie relacje. Wszystko takie autentyczne. Wspaniały dramat psychologiczny z naprawdę prawdziwym, życiowym zakończeniem. I młoda Dorota Kamińska, i te jej cudne...

Ale myśmy tam chcieli widzieć ka-ra-te...  :)
Więc nie mrugajcie oczami zbyt często, bo przegapicie zabójczy jeden cios!


#58 02 Styczeń 2022, 17:39:43 Ostatnia edycja: 02 Styczeń 2022, 17:41:29 by Darion
Jakoś nigdy człowiek się za niego nie zabrał...

Kręcony rok wcześniej, zmontowany i wprowadzony do kinowej dystrybucji w 1986 roku.

"Komedianci z wczorajszej ulicy"
Film Janusza Kidawy. Tego od "Sprawa się rypła" z Pieczką i "Grzesznego żywota Franciszka Buły".

I ten film jest jest jakby kolejną odsłoną tego drugiego. Rzecz dzieje sie teraz. Powiedzmy.
Znowu śledzimy poczynania śląskich elwrów. W świadomości naszej po filmie pierwszym zakodowani jako wędrowni artyści. Śląscy Cyganie. Tak naprawdę przed wojną elwrzy to dzisiejsi "nic nie robić a zarobić" - jak do roboty potrzebowali pięciu chłopa, to choć na rybku stało czterech, elwer w domu babie tłumaczył, że akurat był szóstym...

Dwóch milicjantów na patrolu nocą zostało skierowanych na interwencję do sklepu RTV, gdzie dokonano włamania. Na miejscu wprawdzie zastali przestępców, ale zapatrzyli się w telewizor, gdzie akurat wyświetlany był film "Grzeszny żywot Franciszka Buły". Tak ich wzięło oglądanie... I zostali wywaleni z roboty.
Jako, że bardzo podobał im się film to postanowili skrzyknąć paru znajomych i samemu pędzić żywot elwra.
I teraz powinno już być tylko śmieszniej.
Ale nie było.
O ile pierwszy film był autentycznym majstersztykiem, to ten to poważny krok w tył. Nic śmiesznego. Raczej filmowa żenada. Ale potencjał autentycznie był. Humor w typie Niziurskiego.
Bardzo trudno coś takiego przekuć w filmową opowieść. I tu się to też reżyserowi nie udało.
Ale można pooglądać ulice Katowic z 1985 roku. To już prawdziwie historia. I jak sie patrzy na tych wszystkich idących ulicą ludzi, te ubrania, fryzury... To już historia.
Jedyna rzecz, która mi się tu podobała (i przypominała) :)
Miała to być niby taka nostalgia za starymi (dobrymi, jak godajom starziki na Ślonsku) czasami, które odeszły, próba ich wskrzeszenia,  przypomnienia - nic z tego nie wyszło. Raczej cyrk...

Ale. To film z tych czasów.
Tak więc: momenty były?

Były.