Od kiedy pamiętam, nawet jak miałem te naście lat, to zawsze uwielbiałem oglądać stare filmy. Często są to jeszcze te czarno-białe...
Filmy te obecnie "dostały" specyficznego klimatu. Ukazują bowiem świat, którego już nie ma, jest tylko do wglądu właśnie na tych filmach. Budynki, ulice - to wszystko jeśli nawet dotrwało do teraz to wygląda już obecnie inaczej.
Inna moda, nawet styl mówienia... Wszystko takie inne. Wtedy.
Ludzie tam pokazani są młodzi, z całym jeszcze życiem przed nimi, wydarzeniami...
Tam młodzi. Teraz starzy. Bardzo. Większość już pomarła dożywszy sędziwego wieku... Dawno temu.
Te filmy są jak portal do innego świata, brama czasu; wprawdzie nie można się tam dostać, ale podejrzeć przez nią - owszem. I to właśnie często robię.
Potem "sprawdzam" jak potoczyły się losy poszczególnych aktorów. Zawodowo, prywatnie. Odkrywam ich na nowo. Szukam miejsc związanych z plenerami tam ukazanymi. Informacji na temat przedmiotów tam pokazywanych...
"Wyspa złoczyńców" z 1965 roku.
Adaptacja powieści Nienackiego, gdzie rolę Pana Samochodzika zagrał Jan Machulski.
W ogóle z tymi "dawnymi" filmami jest taka fajna sprawa. Jak muzyka to od mistrza, jak choreografia, jakiś balecik - nawet krótkie ujęcie - tak samo. Jest wiele takich filmów, gdzie nawet role drugoplanowe grają najlepsi ówcześni aktorzy.Tu też. Scenariusz napisał sam autor, słowa piosenki Osiecka, muzyka Kilar...
Zamek na wyspie był w rzeczywistości ustawioną na drugim brzegi rzeki filmową atrapą - "wnętrza" zamku kręcono już w innym - w prawdziwym, w Janowcu.
ps: w filmie rabusie skarbu poruszają się wspominaną "czarną limuzyną", ktoś może wie co to dokładnie za samochód?
Bardzo lubię stare, polskie produkcje. Kiedyś nie za bardzo podobało mi się w tych filmach to, że nie są tak "bajkowe", "magiczne"... W końcu kino to przede wszystkim rozrywka. Teraz doceniam je właśnie za ten realizm, naturalność.
Kolejny z "epoki"... I kolejny przeznaczony dla młodzieży. Dawniej w Polsce kręciło się naprawdę dużo filmów pełnometrażowych, ale prawie wcale nie było wśród nich z przeznaczeniem dla młodej widowni. Tym razem ukazane są perypetie pewnej ówczesnej uczennicy. Jej relacje w klasie z rówieśnikami, w domu - po prostu w życiu. Jej naiwne wyobrażenia tegoż w konfrontacji z tym prawdziwym...
To wtedy też mieli takie (same) problemy? ;)
"Tabliczka marzenia", 1968r.
Komenda główna MO ogłosiła konkurs na film kryminalny. Ten film zwyciężył. O dziwo nie był to typowy siermiężny produkt socjalizmu wychwalający bohaterstwo milicji obywatelskiej. To iście profesjonalnie nakręcony kryminał ze wspaniałą ścieżką dźwiękową dopełniającą obraz. Pierwszorzędne kino w typie kina noir. Film bardzo dobrze przyjęty przez krytykę.
"Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię".
Film. A raczej dwa filmy. Pierwszy opowiada o niesamowicie inteligentnym przestępcy, który przeprowadza plan napadu na konwój z pieniędzmi. Wszystko ma tak starannie i drobiazgowo przemyślane, łącznie z alibi dla siebie i dla każdego uczestnika skoku, że... musi się udać. Przestępstwo doskonałe. Jest nawet drugi samochód przewidziany na wypadek, gdyby ten pierwszy się zepsuł... Ale to w końcu Polska czasu PRL :)
I ten PRL jest doskonale pokazany w drugim filmie. Przychodzi do baru kontroler z PIH-u...
Pierwszorzędna obsada.
Debiut reżyserski Jerzego Hoffmana; w jednej ze scen Stanisław Bareja jako gość w restauracji zajadający golonkę.
Przede wszystkim klimat. I aktorstwo. Pomimo realiów w jakich ten film powstawał daleko mu do ówczesnej nachalnej propagandy radośnie tworzonej "ku chwale". I dlatego teraz nadal można go oglądać bez odruchu wymiotnego. I pewnie dlatego kiedy powstał nie od razu dostał się do dystrybucji.
W filmie nie ma ról drugoplanowych; bez względu na to kogo i jak długo łapał obiektyw kamery.
Zygmunt Kęstowicz, Emil Karewicz, Leon Niemczyk, Tadeusz Łomnicki, Roman Kłosowski,... - "dopiero się rozkręcali"...
"Baza ludzi umarłych".
Plenery Bieszczad zagrały góry z rejonów Kotliny Kłodzkiej.
Przyznam, że rzadko stare filmy oglądałem z przyjemnością. Polskich przeważnie nie znoszę, może dlatego, że wciąż mam przed oczami czarno-biały film z mojego życia, w którym musiałem grać główną rolę za kiepską gażę. I na dodatek nie miałem wyboru.
Jak widzę ludzi, którym się podoba "Alternatywy 4", to mam ochotę wrzeszczeć, że to nie jest fantazja reżysera, ale że tak właśnie wyglądało prawdziwe życie. Nie mam ochoty oglądać tego, co już sam przeżyłem. ;)
Wiem, że to nie jest fantazja. Ja się (niestety) zawsze uśmieję na tym filmie.
Właśnie dlatego, że te czasy doskonale pamiętam. Gdy serial ten oglądał syn mojego znajomego, to w ogóle nie widział w scenach nic śmiesznego. Dla niego to było... zwyczajnie głupie! Nie miał punktu odniesienia właśnie. Nie widział dlaczego jego ojciec rechotał, kiedy osiedlowy wynalazca ubolewał nad brakiem umiejętności "pracy łokciami" u swojego robota, nie potrafił znaleźć sensu w odniesieniu się Balcerka do sklepu mięsnego podczas studiowania obrazu Matejki...
I jak tu się nie uśmiać :)
Po latach traktuję to już wyłącznie w kategoriach (absurdalnego) humoru. Nie "pamięta się" tych wielu godzin stania w kolejce - pamięta się doskonale ten zapach przedświątecznych pomarańczy... (te wspóczesne już takiego nie mają :) ).
Co zrobić - lepiej widzieć, że szklanka jest w połowie pełna.
Cytat: Darion w 09 Czerwiec 2016, 16:38:18Po latach traktuję to już wyłącznie w kategoriach (absurdalnego) humoru. Nie "pamięta się" tych wielu godzin stania w kolejce - pamięta się doskonale ten zapach przedświątecznych pomarańczy... (te wspóczesne już takiego nie mają :) ).
Ja mam dokładnie odwrotnie.
Pierwsza etiuda filmowa Władysława Pasikowskiego z 1985 roku; nakręcona jeszcze podczas studiów w łódzkiej filmówce. Jak to u Pasikowskiego, jak to w etiudzie... :)
Najlepsze są zawsze jednak opisy odczuć jakich doznali filmoznawcy po obejrzeniu takiego obrazu.
Dr Piotr Pławuszewski boi się krajalnicy do chleba: "...nawet niewinny sprzęt kuchenny przypominać zaczyna element militarnego wyposażenia...". Jego obawa objawia się także w scenie kończącej tej filmik: "...dokąd idzie Ludowe Wojsko Polskie? Kończy manewry i wraca do koszar? A może, strach pomyśleć, kompas ustawiony został na dalekie osiedle?...".
Może. A może po prostu młody dorwał się tylko do kamery i przydziału paru metrów taśmy ;)
Kończy się życie pasażerów pewnego autobusu. Po śmierci jak wiadomo sąd, który feruje tylko dwa wyroki: niebo albo piekło...
Komedia (absurdu), film z przesłaniem filozoficznym, refleksje na temat życia doczesnego, wariacje na temat (ale jaki?)... Tu jest wszystko. I chyba nawet też są wszyscy ówcześni polscy aktorzy. Może poprzestańmy na pierwszym :)
I... Ten film ogląda się świetnie właśnie teraz.
"Ich dzień powszedni"
Film z rolą główną Zbigniewa Cybulskiego. Kiepsko zrealizowana kłótnia małżonków na samym początku wzbudza mieszane uczucia co do jakości pracy reżysera. Na szczęście potem już jest tylko lepiej.
W jednej ze scen Franciszek Pieczka po uszy zakochany w Barbarze Krafftównie :) ; w innej Cybulskiego przed wskoczeniem do ruszającego pociągu powstrzymuje strażnik kolejowy wołając "życie panu niemiłe". Gdyby wiedział...
Holoubek - Winnicka. Bardzo udany psychologiczny portret dwojga ludzi oddalających się uczuciowo od siebie z każdym kolejnym dniem. Dziś by się rozwiedli już na drugi dzień, ale w tamtych czasach było to nie do pomyślenia. Toczy się więc między nimi wyrafinowana gra...
W filmie zagrał epizodyczną rólkę (przypadkowego kochanka) Sławomir Idziak. Nie występuje w czołówce.
"Gra", 1968.
Jeden udaje reżysera, drugi literata... Albo chcą się nimi stać. W każdym bądź razie postanawiają razem nakręcić film. Ale to nie takie proste, kiedy niespodziewanie obrodziło kandydatkami do gwiazdy. W ostateczności może być też piosenka...
Maklakiewicz - Himilsbach, i wszystko jasne.
"Dotknięcie nocy".
To film kryminalny oparty na faktach. To też jedyny taki w całym dorobku reżysera film z tego gatunku. Zdobył uznanie krytyki. Tymczasem Bareja oddał się już potem wyłącznie swojemu ulubionemu - komedii. Nigdy już nie nakręcił nic w typie sensacji, nic poważnego :)
Ciekawa sprawa. W czasach PRL-u byliśmy społeczeństwem tak idealnym, że aby tego nie zburzyć nie wolno było pisać w gazecie na przykład o epidemii grypy, która w sezonie położyła do łóżka jedną trzecią obywateli. U nas grypy niet. U nas socjalizm.
Za to... kryminały kręcono na potęgę :)
"Zbrodniarz i panna" z 1963 to kolejny film kryminalny. Co to się u nas wtedy wyprawiało...
Na szczęście każdy przestępca ponosił w końcu zasłużoną karę. I pewnie filmy takie miały raczej pełnić funkcję wychowawczą.
"Godzina pąsowej róży".
Lekki film, który dzisiaj byłby nazwany kinem familijnym. Typowa współczesna nastolatka przenosi się do połowy wieku XIX-tego i... To ci dopiero szkoła przetrwania!
Trochę słabo, jakby na zaciągniętym hamulcu zrealizowany. Ale młoda Czyżewska :)
"W Pacanowie kozy kują - wiec Matołek, mądra głowa, błąka się po całym świecie, aby dojść do Pacanowa. Myśli kozioł: Coś dla ciebie ta zabawa nie jest zdrowa. Idź ty lepiej, koziołeczku szukać swego Pacanowa. Westchnął cicho nasz koziołek i znów poszedł biedaczysko po szerokim szukać świecie tego co jest... bardzo blisko."I o tym właśnie jest ten film. Tyle, że na poważnie opowiedziany. Główny bohater cierpi właśnie na taki syndrom Koziołka Matołka. Film świetny. Klimatyczny. Tylko jakby scenarzysta/reżyser nie za bardzo wiedzieli jak go zakończyć. Może nawet wiedzieli, ale nie potrafili tego odpowiednio "sprzedać" widzowi...
"Jowita", Olbrychski - Kwiatkowska, 1967.
Film "Załoga" z 1951.
Nie taki nachalny jak wskazuje na to rok jego powstania, ale da się to we fragmentach odczuć. Bez tego pewnie by nie powstał. W sumie, to nawet i śmiało mógłby powstać przed II wojną światową na zlecenie PMW jako film dydaktyczny. Z morałem i przesłaniem. Coś w stylu mojego profesora, który gadał: "dobry kolega to taki, który nie daje drugiemu ściągać" :)
Młody Wojciech Siemion w epizodzie i na początku swojej wielkiej kariery.
Film w klimacie polskich filmów przedwojennych, teatralny.
Tak to już jest, że te filmy zawsze będą naznaczone swoistym piętnem. Ale co zrobić, kiedy w tamtych czasach stróżami prawa byli funkcjonariusze MO zwracający się do człowieka "obywatelu pozwólcie!".
"Lekarstwo na miłość" to tylko zwykła komedia pomyłek. W dodatku bardzo udana. Do tego z całą plejadą gwiazd ówczesnego polskiego kina. A i przestępcy są dżentelmenami, nie jak przed wojną; mówią do siebie per pan i wypłacają premię za wypadki "przy pracy"... :)
Fajny film akurat na sezon ogórkowy. I ta Jędrusik. W wannie...
Jak na czas wakacyjny to idealny będzie film z 1968 "Przygoda z piosenką". Jeden z nielicznych polskich filmów tak zwanych muzycznych. Wspaniale wyreżyserowany ręką Stanisława Barei. A w nim sami młodzi i piękni - Raksa, Łazuka, Santor, Szewczyk..., to z aktorów.
Jeszcze lepiej ogląda się sceny taneczne z udziałem Mazurówny i Wilka. Tu dopiero mamy mistrzostwo świata. Naprawdę świetny film. Z klimatem czasów, które stały się już historią...
Cytat: Darion w 09 Lipiec 2016, 10:00:13Film "Załoga" z 1951.
Tragiczny. Jest jeszcze gorszy niż amerykański "Dzień niepodległości". A wydawałoby się, że to niemożliwe.
Trudno odbiera się teraz te stare filmy, gdy zmieniła się nasza mentalność. Dzisiaj też już nikt w liceum nie mówi do siedzącej obok: koleżanko, proszę koleżanki...
A co dopiero takie produkcje z tak zwanym przesłaniem. Są dla nas tak mocno przerysowane, że aż nie do zaakceptowania. Czysta "propaganda".
Film "Załoga" jest jeszcze o tyle ciekawy, gdy wsłuchamy się w wypowiadane dialogi. Bardziej czuję się jak w teatrze podczas przedstawienia. W dodatku, gdy grają klasykę...
Po prostu: inne. Wszystko takie inne. I może dlatego ciekawe :)
Film wyjątkowy pod wieloma względami. Jedyny taki pełnometrażowy, który Polański nakręcił w kraju.Krytykowany przez środowisko filmowe, gdyż był zbyt inny od ówczesnego nurtu w polskiej kinematografia. Podpadł też jedynie słusznej władzy, gdyż nie ukazywał życia społeczeństwa takiego jaki władza by sobie życzyła, by ono było...
Zdobył uznanie na zagranicznych festiwalach.
Odwieczny konflikt młodego i starego. Niby młody gardzi tym wszystkim co dla starego stanowi wartość. Ma własną - lepszą oczywiście - hierarchię wartości, wyższe cele, i tak w ogóle.
A tak naprawdę...
A tu taka niespodzianka. Film, który... odradzam!
Niby komedia, ale nic tu śmiesznego. Ani to surrealizm, ani pastisz... Zwykłe głupoty, ot panie Kutz. Była taśma z przydziału, młode studentki z wolnym czasem - jak wspominał po latach sam reżyser, wiele się odwdzięczyło... To się pobawiło, w filmowanie widać też.
Widać nawet jak w każdej ze scen panowie Przybora - Wasowski zastanawiają się co tu w ogóle robią.
Nie, Starsi Panowie nie ratują tego filmu. Gniot.
Aktorzy pierwszorzędni lecz wybitnie trafnie sprawdza się tu powiedzenie iż
nie pędzel decyduje o wyjątkowości dzieła...
Znowu Bareja...
"Mąż swojej żony". Film z 1960 roku. Można obejrzeć przy okazji przerwy w oglądaniu olimpiady.
Film w temacie olimpijskim, bo też o sporcie. Chyba. Tak, w końcu w obsadzie i Stamm, i Tomaszewski :)
Koncert vs gala boksu czyli ciężkie życie artysty. A wszyscy tacy modzi...
Pierwszy raz oglądałem go, gdy byłem w wieku tamtych bohaterów. Dziecięcych oczywiście. Szczególnie podobała mi się "akcja" w kosmosie. Jak wszystko wtedy na ten temat. Film dla dzieci mniejszych. Ale kto by dzisiaj to w ogóle oglądał. Bez koloru, HD, dziwne wysławianie się... I ta fabuła. Brrr. Ot, dla
starszych nastolatków, przez sentyment.
Polecam kosmitę :)
1962, "Wielka, większa i największa"
A jeśli już chodzi o kino dla
starszych nastolatków, to polecam "Podróż za jeden uśmiech".
Klasyka. Nakręcony, jak wiele filmów dla młodzieży w tamtym czasie, na podstawie książki Adama Bahdaja, także autora scenariusza. (Książkę polecam szczególnie.)
Nawet po latach można się uśmiać. Ubierało się wtedy jak oni, gadało... Tylko przygody nie były takiego kalibru - no, przynajmniej u większości z nas :)
To nie sposób wspomnieć tutaj serialu "Stawiam na Tolka Banana".
Kłopot był z jego dystrybucją. Dygnitarzom nie spodobało się, że głównym bohaterem jest jakiś chuligan, do którego lgną młodzi. W końcu odpuścili i film został dopuszczony do prezentacji widzom.
Ponownie mamy tu między innymi duet Gołębiewski-Łobodziński; plus Bahdaj. Wyjątkowo mądry serial.
Ech, gdyby dzisiaj tak zwana "trudna młodzież" miała taką postać...
Tytułowa piosenka była w tamtych latach wielkim hitem.
Tym razem kolorowo. To już film z drugiego okresu twórczości Stanisława Bareji. Jego filmy przestały być już lekkie i przyjemne a stały się bardziej ironiczne czy nawet dosadnie zjadliwe. Humor w nich zaś stał się środkiem do wyeksponowania sprzeciwu wobec ówczesnego życia przybierającego coraz bardziej absurdalny wymiar. Teraz można się z tego śmiać, ale wtedy ludziom zabawnie nie było.
Wieniec zwycięstwa?
Bareja, Fedorowicz, Marysia, wieczny dyrektor i ile jest cukru w cukrze...
,,Wojna światów – następne stulecie"
Ten film mną wstrząsnął. Niesamowicie! Nie, żebym był jakimś wytrawnym koneserem sztuki filmowej zaraz, ale...
Pierwszy raz oglądałem go krótko po dopuszczeniu go do dystrybucji. (Tak, tak, cenzorzy przetrzymali go parę lat.) Film z gatunku SF. Odnosi się do książki H.G.Wellsa i temu twórcy też został zadedykowany. I jak w oryginale opowiada o pojawieniu się na ziemi przybyszy z Czerwonej Planety(!). Przybywają wcale nie proszeni. Ogłaszają się naszymi przyjaciółmi, w rzeczywistości dążą do wyssania z ludzi ich krwi. Od razu znajdują sobie wpływowych przyjaciół, głównie z branży środków masowego przekazu, gdzie są odpowiednio (dobrze) ukazywani...
Star Trek, Gwiezdne wojny... Coś się już wcześniej widziało z gatunku filmu fantastycznego. A teraz Szulkin i jego Marsjanie... Myślałem, że spadnę z krzesła. Film był chwalony za to, że "
tak skromnymi środkami jakimi dysponował potrafił wyczarować tak fantastycznie futurystyczną, w dodatku w pełni wiarygodną - scenerię".
Wprawdzie film powstał w 1981 roku, ale... I to właśnie był ten wstrząs. Buty "Relaksy" na nogach Marsjan to już drobny szczegół. Szczególik.
;)
Chodzi ci o to, ze ten Marsjanin to taki gruby kurdupel na drabince? A może masz coś przeciw telewizji narodowej, która nam opowiada o dobrej zmianie?
Wtedy nasze odczucia wynikały z prostego algorytmu :)
Star Trek, Gwiezdne Wojny... A tu kadr z filmu Szulkina:
Filmy fantastyczne Szulkina są specyficzne. Doceniam je dopiero po latach. Są mocno klimatyczne. Nie wystarczy tylko na nie popatrzeć. Trzeba umieć je odebrać wnętrzem, sobą, czy jak to określić...
Taki jest też nieco późniejszy, bo z 1984 roku - "O-bi, o-ba (koniec cywilizacji)". Mocny film. Nie każdy też i wytrzyma do końca...
Przepiękny jest też plakat z tego filmu:
Film bardziej współczesny, bo pochodzący z 1986 - "ESD".
Powstał na podstawie dwóch powieści Małgorzaty Musierowicz: "Kwiat kalafiora" i "Ida sierpniowa". Ta pierwsza jest obecna dzisiaj w gimnazjum w randze obowiązkowej lektury szkolnej.
Polecam książki. Film zawsze stanowi okrojoną wersje tych pierwszych. Film dla młodych. A w nim też młodzi - Malajkat, Ibisz... Nieodśnieżone zimowe ulice, specyficzna moda (która dzisiaj już śmieszy), nyski i dominująca szarość ówczesnego świata (ukazana pomimo kręcenia filmu na taśmie barwnej). Ale jeszcze coś tu zostało ukazane. Coś, co także w dzisiejszym świecie uchodzi za "dziwo"... Życie towarzyskie bez pośredników. Bez FB i internetu. Spotykają się wszyscy (tak, tak - trzeba było wyjść z domu) w jednym mieszkaniu, siadają obok siebie, rozmawiają, śmieją się... Żyją naprawdę.
Krótki filmik z cyklu "Opowieści niezwykłe" - "Ja gorę" z 1967 roku.
Dzisiaj nawalibyśmy go horrorem komediowym. W obsadzie same gwiazdy; nawet głos z zaświatów. Idealny, kiedy akurat w telewizji nie ma czegoś ciekawego a wkrótce i tak idziemy spać.
Cytat: StaryM w 17 Sierpień 2016, 23:51:41A może masz coś przeciw telewizji narodowej, która nam opowiada o dobrej zmianie?
A ja nie mam telewizji polskiej, nie mam nawet telewizora!
Hi, hi!
I nie mam na co narzekać- to jest najlepsze!
Ja tam zawsze znajdę coś ciekawego w telewizji. Ale coraz mniej stanowią to filmy.
1971, "Motodrama".
Człowiek spokojnie łowi sobie ryby, nie wie nawet gdzie motocykl ma hamulec... I zostaje mistrzem wyścigów. Motocyklowych, samochodowych. Jednak wędka najlepsza.
Większości występujących w tym filmie już nie ma - Fedorowicz, Sienkiewicz, Łazuka, Dobrowolski, Wichniarz, Perepeczko, Maklakiewicz ("Co tu się dzieje, film kręcą? To dlaczego w nim nie gram?")...
Warto dla nich.
Po raz n-ty... "Mocne uderzenie" z 1966 roku.
Perypetie chłopaka (Jerzy Turek), który aby nie stracić względów u swojej narzeczonej (Irena Szczurowska) udaje kogoś innego - gwiazdę muzyki bigbitowej. Do tego Magdalena Zawadzka, Wieńczysław Gliński, Wiesław Michnikowski, Jarema Stępowski...
Komedia muzyczna wykorzystująca ogromną popularność muzyki bigbitowej w tamtych latach. Zespoły powstawały tysiącami, młodzież ganiała na koncerty zamiast na zebrania, milicja za nimi... Taki film musiał powstać. Ścieżka muzyczna to utwory niezwykle popularnych wówczas grup "Skaldowie" i "Niebiesko-Czarni". Piosenki "Nie chcę odejść", "Jutro odnajdę ciebie", "Każdemu wolno śpiewać" powstały specjalnie dla tego filmu.
To były czasy, kiedy teksty tworzyli ci co potrafili pisać, a muzykę wyłącznie kompozytorzy. Stąd mamy tu też i balet Opery Poznańskiej, Conrada Drzewieckiego czy Jerzego Miliana. Dziś tak się nie robi nawet w poważnych produkcjach. Jeden z nielicznym w naszej rodzimej kinematografii film z gatunku muzycznego...
Wszyscy tacy młodzi... Zauważyliście Stefana Friedmana? :)
1984, "Yesterday", film polski...
Lata sześćdziesiąte to czas fascynacji zespołem The Beatles. Muzyka, stroje, fryzury... Pod tym względem polska młodzież nie różniła się wcale od tej brytyjskiej. Szkoła średnia, pierwsza prawdziwa miłość, wspaniałe ideały. I życie w PRL-u. Tu już różnice dawały się we znaki. I to mocno...
Fajnie się to ogląda, fajnie słucha. Tylko zakończenie jakieś takie gorzkie. Czyżby przesłaniem filmu było, że tylko muzyka "Bitlów" nie przemija?
W 2015 film zrekonstruowano za pomocą techniki cyfrowej; są też plany nakręcenia sequela.
1980, "Grzeszny żywot Franciszka Buły".
Dwudziestolecie międzywojenne na podzielonym Górnym Śląsku. W filmie mówi się gwarą śląską (ale taką dość zrozumiałą dla innych). Większość występujących aktorów to tak zwani naturszczycy. Są i zawodowi pochodzący z tego regionu.
Sam reżyser wypowiadał się, ze fabułę do niego czerpał z własnych wspomnień z dzieciństwa. Resztę dorzucili mu "starziki" - emerytowani górnicy i hutnicy... I tak powstał ten niesłychanie barwny film. Dowcipny. Ale i dosadny. I mocno smutny pomimo komediowego charakteru (!).
Świat śląskich "elwrów"; tych prawdziwych. Sprzed wojny...
Plakat idealnie oddaje klimat filmu.
Skuście się na niego jakiegoś wolnego wieczora:
Mimo że w 90% jestem melomanem i film jakoś schodzi mi na dalszy plan, wyczekuję Darion kontynuacji Twojego tematu.
Dzięki za kolejne odsłony polskiej kinematografii :)
W ramach tych 10 procent polecam lekką komedię z przesympatycznym Kobielą - "Człowiek z M3".
Film z 1969 roku w reżyserii Leona Jeannot.
Młody lekarz (Kobiela też młody) aby otrzymać upragnione mieszkanie, w dodatku w formacie M3, musi do miesiąca się ożenić. Te bowiem przysługuje tylko żonatym!
Kandydatek nawet jest kilka na oku, ale...
A plakat do filmu jaki?! :)
Jak już kiedyś pisałem, nie jestem jakimś wielkim wielbicielem polskiego kina, peerelowskiego też niespecjalnie. Ale te motywy śląskie są ciekawe. Lubiłem zawsze takie trochę surrealistyczne opowieści. A więc nie tylko Kutz, Kidawa ale także Jan Jakub Kolski...
A jak ci się widzi osoba Andrzeja Kondratiuka i jego twórczość?
Nie jestem jakimś znawcą kina, więc też nie znam wszystkiego. Pamiętam, że z filmów Kondratiuka - tych starszych - podobały mi się kiedyś Hydrozagadka i Wniebowzięci. Tam był taki zdrowy dystans do naszej rzeczywistości. Potem jeszcze Gwiezdny pył, to był film z jakimś większym przesłaniem. Myślę nawet czasem, że ten film w jakimś sensie wpłynął na moją drogę życiową.
Podobna atmosfera jest w autobiograficznych filmach Kondratiuka.
"Wniebowzięci" ok, ale"Hydrozagadka" była dla mnie nie do przełknięcia. Za pierwszym podejściem to nawet nie potrafiłem obejrzeć do końca. Jest żart i są wygłupy; dla mnie w odczuciu było to drugie. Jak "Upał" Kutza. A ja akurat lubię filmy w tonie groteski.
1969, "Wszystko na sprzedaż".
Cybulski zagrał u Wajdy tylko w paru filmach. Reżyser miał jednak plany zrobić ich znacznie więcej.
Te plany przerwała jednak wiadomość jaką otrzymał od Romana Polańskiego, który zadzwonił i powiadomił go o tragicznej śmierci aktora.
Wajda przypomniał sobie słowa, które swego czasu wypowiedział pod jego adresem Zbigniew Cybulski - "Powiedzcie mu, że on jeszcze za mną zatęskni".
Reżyser postanowił nakręcić jeszcze jeden film z jego udziałem chociaż aktora już w nim nie ma. Stale jednak przewija się jego osoba, większa połowa filmu kręci się wyłącznie wokół niego.
Film, który trudno teraz nam należycie odebrać. Z paru powodów.
Sceny to tylko połowa przekazu, druga ma zrodzić się w naszej głowie. A prawidłowiej będzie powiedzieć - w sercu. Ktoś kto żył w tamtym czasie, oglądał ten film wtedy - a jeszcze lepiej - znał się prywatnie z bohaterem czy aktorami grającymi poszczególne role, ten odbierze wszystko prawidłowo. W sposób idealny odczuje te wszystkie emocje targające każdym z nich. Odbierze to w sposób mocno osobisty ale i tym samym uzyska przez to należyty i właściwy wydźwięk tego filmu.
Ktoś inny, teraz... Dla niego to tylko film, obraz, produkcja, w dodatku mało zrozumiała, poszatkowana, i dziwna... Zwłaszcza, kiedy aktorom dano w filmie możliwość improwizacji, wypowiadania własnego tekstu, ukazywania uczuć po swojemu...
Świetna muzyka stanowiąca tło dla poszczególnych scen.
"Do widzenia, do jutra..."
1960.
Film oparty na autentycznym wydarzeniu z życia Cybulskiego. W roli Margueritte (także postać autentyczna) szesnastoletnia Teresa Tuszyńska. Cały film opowiada o spotkaniu dwojga młodych ludzi i chęci spędzenia razem tych ostatnich godzin dzielących ich od rozstania - dziewczyna, córka francuskiego konsula musi bowiem wracać do siebie...
W tle gdański kabaret studencki Bim-Bom i jego członkowie. Młodzi polscy aktorzy. Wielu debiutuje.
To także debiut reżyserski Janusza Morgensterna.
Film nakręcono w stylu francuskiej "nowej fali", gdzie poszczególne luźne epizody "zakłócają" porządek biegu głównego wątkowi.
Film niezwykle magiczny, mocno nastrojowy. Poezja choć w odcieniach bieli i czerni... Kolory tworzą się w naszych umysłach...
Jerzy Kawalerowicz dzielił swoje życie na podróży pomiędzy Warszawą a Szczecinem. Pomiędzy żoną a kochanką (późniejszą żoną). I właśnie obserwując współpasażerów podczas jazdy narodził się u niego pomysł nakręcenia tego filmu.
Bardzo subtelny film. To raczej analiza duszy każdego człowieka jadącego tym pociągiem. Każdy coś w życiu osiągnął i coś stracił. Każdy za czymś tam tęskni, sam nie za bardzo wie co to ma być... Jakby od pewnego miejsca nie mieli recepty na to co dalej z tym życiem robić. Jakaś dziwna wspólnota absolutnie samotnych ludzi. Nie potrafiących normalnie koegzystować, czających się, łatwo też poddających się, uległych... Cała ta podróż też jakby była zupełnie bez celu.
Dla mnie to kolejny i chyba najdoskonalszy film rozliczający się z wojenną traumą. Nadal słychać odgłosy bombardowań. W głowach. Nie da się wtedy normalnie żyć, kochać...
Muzyka!
1971, "Dzięcioł".
Debiut reżyserski Jerzego Gruzy jeśli chodzi o film kinowy. Kiedy się spojrzy na obsadę to człowiekowi aż szczęka opada.
A sam film? Hmm.
Komedia. Satyryczna.
Oglądałem w odcinkach (wspominałem - upały). Ale i sam "mocno specyficzny". No dobra. Satyra satyrą ale film raczej głupawy. I nie chodzi o fabułę. Raczej reżyser pokpił sprawę. Momentami miałem wrażenie dużej nieudolności. Miejscami fajne gagi ale wyszły jak przy przysłowiowym spaleniu dowcipu przez osobę niepotrafiącą odpowiednio go sprzedać. Mało brakowało żeby jeszcze Gołas się jąkał w trakcie wypowiadania swoich kwestii. :)
Ale jedna scena powala. Humorem, luzem, radością i ciągłością sceny (czyli nie ma się wrażenia, że jej poszczególne etapy były realizowane w różnych dniach i o różnych porach i potem zmontowane w całość). Jak odwiedza głównego bohatera - a raczej jego niedoszłą zdobycz - sanitariuszka. Wojskowa! Irena Kwiatkowska. No, to jest mistrzostwo świata. W tym momencie oglądamy film na stojąco!
I już wiem skąd się wzięła w "czterdziestolatku" kobieta pracująca.
Słomiany wdowiec (Gołas) pod nieobecność swojej żony (Janowska) postanawia zerwać z wizerunkiem ciapy i poderwać (a raczej dosadnie - wyrwać) jakąś kobitkę.
"Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy." 1973.
Czarno-biały film będący wspólnym przedsięwzięciem Gruzy (reżyseria) i Himilsbacha (scenariusz).
O dziwo ten drugi w nim nie występuje, tylko podkłada głos "45-latkowi wyglądającemu na 60-latka". To mógł wymyślić tylko Jan Himilsbach :)
Idealny film na deszczowe wieczory. Niecała godzina. Siedem lat przeleżał na półce, bo cenzurze nie spodobało się ukazanie w nim innego wizerunku socjalistycznego społeczeństwa od tego jedynie słusznie wskazanego.
Jeśli ktoś lubi filmy Barei, "Rejs" Piwowskiego - to ten jest dla niego pozycją wręcz obowiązkową. Nie wiem w jakim stopniu reżyser odcisnął swe piętno na jego charakterze; ja uważam, że każda sekunda, każda klatka tego filmu należy w całości do Himilsbacha. A Maklakiewicz wręcz fenomenalny. Takie filmy to jego naturalne środowisko.
Nie wiem też, czy aby duet Tym-Bareja nie stali za plecami i nie podpowiadali pewnych dialogów czy scen... Jak ta z rozdawaniem prezentów. I lalka łowicka... :)
Genialny film.
"Gdy ci życie ucieka kochany, to nie goń go..."
"Opowieść harleya", 1987.
Biedny uczeń szkoły zawodowej wzdycha do pięknej licealistki z lepszego domu, której rodzice wybrali już kandydata na męża - zamożnego posiadacza mercedesa. Posiadacz tylko marnego motoroweru dostaje jednak do ręki odpowiedni atut - lśniący motocykl marki Harley-Davidson. Równie reprezentatywny, a w realiach ówczesnej Polski nawet bardziej egzotyczny od samochodu swego konkurenta.
To taki typowy film połowy lat osiemdziesiątych. Nie wiadomo do końca o czym.
O wielkiej miłości nastolatków? O czasie, który jej raczej nie sprzyja? Przemijaniu nawet tego (według gorących zapewnień) nieprzemijalnego... I to tak z pokolenia na pokolenie.
Gra pełna przerysowanych gestów rodem z Adolfa Dymszy znana z polskiego przedwojennego kina. Wszystko wybitnie przemawia za tym, żeby tego filmu jednak nie polecać. Fatalne dialogi, koszmarne gagi. Brr...
To zresztą jedyny film kinowy tego reżysera, Wisława Helaka. Chociaż scenariusz, gdyby traktować go jako czyjąś opowieść jest całkiem fajny. Jego współtwórcą był Tomasz Tryzna (autor powieści "Panna nikt").
Ale wtedy, w realiach ówczesnej Polski, ten film odbierało się zupełnie inaczej. Już samo to, że traktował o młodzieży powodowało zapełnienie przez tenże gatunek sal kinowych do ostatniego miejsca. Harley, skóra, miłość... Kiedyś żyło się marzeniami. Wyłącznie.
Dziś śmieszy. Jeszcze ta czołówka filmu.
Ale plakat zabójczy. (No, prawie że) Całkiem jak z amerykańskiego filmu drogi. Kiedyś się pytało o takie w kasach kinowych, ale nigdy nie mieli... :)
Fajne "przerywniki" w postaci piosenek. Zwłaszcza te o motocyklu.
Był fajny pomysł, zepsuto realizacją. Ale...
http://ekino-tv.pl/movie/show/opowiesc-harleya-1987-lektor/12350
Ile razy podchodziłem do niego, tyle razy zrażał mnie jego tytuł - "Prawo i pięść".
To coś jak "Pierścień i róża" o księciu... Lulejko ?
Film z 1964 roku. Czarno-biały.
Opowiada o życiu w pierwszych latach po wojnie na Ziemiach Odzyskanych. Spodziewałem się więc mega propagandowej papki w tak nachalnym stylu jak to tylko można sobie wyobrazić. W dodatku film został okrzyknięty jako polski western. Też ciężko zaakceptować. Wiadomo - preria, Indianie... :)
Długo kazał na siebie czekać. Ale Holoubek...
Właśnie go sobie przypomniałem.
Tymczasem to sprawnie zrealizowany dramat psychologiczny w
konwencji westernu. Dramat człowieka (Holoubek), któremu udało się przeżyć wojnę i pragnie juz teraz tylko normalności, spokoju. Zrażony do ludzi, którzy tyle złego wnieśli także w jego życie, pragnie jedynie zaszyć się z dala od nich najlepiej w lesie, obejmując posadę leśniczego. Czy tego chce, czy nie - musi się stać "samotnym jeźdźcem" i stanąć do walki ze złem. Złem, które karze mu się wyrzec człowieczeństwa, uczciwości, prawości... Tego wszystkiego co udało mu się zachować w sobie (bohater to były więzień obozu koncentracyjnego) przez całą wojnę. Teraz?
Można mówić, że główna postać uosabia wzorowego komunistę, który walczy o wspólne (państwowe) dobro. Ale czy naprawdę takie było założenie reżyserskie? To film ze "złotej ery" propagandy socjalizmu. I jeśli mamy się tego domyślać, to pewne jest, że tak nie było. To swoiste studium ludzkich zachowań z głównym przesłaniem: bądźmy uczciwi do końca, bez względu na okoliczności. Nawet jeśli świat wokół to wyłącznie Dziki Zachód.
"Matka Joanna od Aniołów" Jerzego Kawalerowicza, 1961.
Film, którego za pierwszym razem chyba nawet nie obejrzałem do końca. Bo to jest film raczej dla bardziej dorosłych ludzi. Ludzi, którzy już potrafią dostrzec pewne subtelne przesłania, nie tylko zwyczajnie patrzeć na przedstawiany obraz.
To film o ludzkiej naturze.
Tej najbardziej wysublimowanej, bo dotykający sfery miłosnej. O grze jaka się toczy w umysłach głównych bohaterów na tym gruncie; głównie samych z sobą.
Film o pragnieniu wolności tłumionej przez surowe reguły życia w świecie niezwykle konserwatywnym.
To, że akcja rozgrywa się w klasztorze w tym przypadku nie ma absolutnie żadnego znaczenia. W takim filmie to tylko alegoria. Stąd ówczesna władza także i ten film miała na cenzurowanym (Kościół znowu uważał, że zwykli ludzie odbiorą go za dosłownie).
To film stawiający pytania. Bardzo wymagający. Trudny. Skłaniający nas do przemyśleń, własnych interpretacji. Mocno nas w to wszystko angażujący. I jeśli nie jesteśmy na coś takiego gotowi - a ja w bardzo młodym wieku nie byłem zdecydowanie - nie jest jeszcze dla nas...
Scenariusz filmu oparty na opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza. Film uznawany za jeden z najważniejszych w polskiej kinematografii. Martin Scorsese uznał go za wybitne arcydzieło światowego kina.
Dlaczego poszedłem wtedy do kina na ten film? A przez tytuł właśnie.
W tamtym czasie panowała u nas moda na filmy karate. "Wejście smoka" zaś było tego ukoronowaniem...
Kiedy tylko w jakimś kinie pojawiał się taki film waliliśmy tam drzwiami i oknami.
Chciałbym się teraz przenieść w czasie i posłuchać tych wszystkich odgłosów karate (rzecz jasna paszczowych) wydawanych przez wychodzących z kina :)Ten film miał mieć pierwotnie tytuł "Drzazgi", ale ta moda - tak więc ostatecznie na plakatach widniało
"Karate po polsku". Film z 1982 roku.
Dwoje artystów plastyków (w tym jeden mistrz karate) przyjeżdża na zaproszenie miejscowego proboszcza, by w kaplicy odnowić naścienne freski. Wkrótce dołącza do nich koleżanka/dziewczyna/żona głównego bohatera...
Jak to zawsze bywa przy takich okazjach ich przybycie burzy spokój jakiemu się codziennie oddają miejscowi chuligani... Burza wisi w powietrzu.
A co z karate? Uśś, uśś...
A jest. Dokładnie tyle ile kakao w wyrobie czekolado podobnym z tamtego okresu.
Jeszcze nigdy wcześniej nie wychodziłem z kina tak zawiedziony!
Film naprawdę fajny. Sprawnie nakręcony. Tradycyjnie już w roli pierwszego chuligana Zbigniew Buczkowski. Wspaniale ukazane życie na ówczesnej prowincji, te wszystkie międzyludzkie relacje. Wszystko takie autentyczne. Wspaniały dramat psychologiczny z naprawdę prawdziwym, życiowym zakończeniem. I młoda Dorota Kamińska, i te jej cudne...
Ale myśmy tam chcieli widzieć ka-ra-te... :)
Więc nie mrugajcie oczami zbyt często, bo przegapicie zabójczy jeden cios!
Jakoś nigdy człowiek się za niego nie zabrał...
Kręcony rok wcześniej, zmontowany i wprowadzony do kinowej dystrybucji w 1986 roku.
"Komedianci z wczorajszej ulicy"
Film Janusza Kidawy. Tego od "Sprawa się rypła" z Pieczką i "Grzesznego żywota Franciszka Buły".
I ten film jest jest jakby kolejną odsłoną tego drugiego. Rzecz dzieje sie teraz. Powiedzmy.
Znowu śledzimy poczynania śląskich elwrów. W świadomości naszej po filmie pierwszym zakodowani jako wędrowni artyści. Śląscy Cyganie. Tak naprawdę przed wojną elwrzy to dzisiejsi "nic nie robić a zarobić" - jak do roboty potrzebowali pięciu chłopa, to choć na rybku stało czterech, elwer w domu babie tłumaczył, że akurat był szóstym...
Dwóch milicjantów na patrolu nocą zostało skierowanych na interwencję do sklepu RTV, gdzie dokonano włamania. Na miejscu wprawdzie zastali przestępców, ale zapatrzyli się w telewizor, gdzie akurat wyświetlany był film "Grzeszny żywot Franciszka Buły". Tak ich wzięło oglądanie... I zostali wywaleni z roboty.
Jako, że bardzo podobał im się film to postanowili skrzyknąć paru znajomych i samemu pędzić żywot elwra.
I teraz powinno już być tylko śmieszniej.
Ale nie było.
O ile pierwszy film był autentycznym majstersztykiem, to ten to poważny krok w tył. Nic śmiesznego. Raczej filmowa żenada. Ale potencjał autentycznie był. Humor w typie Niziurskiego.
Bardzo trudno coś takiego przekuć w filmową opowieść. I tu się to też reżyserowi nie udało.
Ale można pooglądać ulice Katowic z 1985 roku. To już prawdziwie historia. I jak sie patrzy na tych wszystkich idących ulicą ludzi, te ubrania, fryzury... To już historia.
Jedyna rzecz, która mi się tu podobała (i przypominała) :)
Miała to być niby taka nostalgia za starymi (dobrymi, jak godajom starziki na Ślonsku) czasami, które odeszły, próba ich wskrzeszenia, przypomnienia - nic z tego nie wyszło. Raczej cyrk...
Ale. To film z tych czasów.
Tak więc: momenty były?
Były.