The best topic

*

Wiadomości: 3
Total votes: : 1

Ostatnia wiadomość: 13 Lipiec 2024, 19:41:13
Odp: Na starość też można prowadzić ... wysłana przez StaryM

#1090 01 Październik 2017, 11:06:22 Ostatnia edycja: 01 Październik 2017, 11:19:23 by Darion
Celine Dion, 2002, "A new day has come".

Jej wokal zaliczany jest do ścisłej światowej czołówki. Mezzosopran o zakresie pięciu oktaw. 200 milionów sprzedanych płyt. Nie przepadam za nią, lecz od czasu do czasu sięgnę sobie po którąś z jej płyt w mojej kolekcji. Dla balansu.
Płyta w całości zaśpiewana po angielsku. I chyba to mi się tak naprawdę do końca nie podoba. Wszyscy śpiewają po angielsku... Nawet na opolskim festiwalu polskiej (!) piosenki były już takie przypadki.  No, ale...
Tej płycie nie da się niczego zarzucić od strony technicznej. Tu wszystko jest na najwyższym poziomie. Jest do bólu idealna. Po mistrzowsku zaśpiewana, po mistrzowsku zrealizowana. Jeśli tylko komuś dźwięki układają się w to co lubi, ma swoje Shangri-La...


The Blackbyrds płyta z 1975 roku, reedycja w USA w 2003, w Europie 2014.



W połowie lat siedemdziesiątych w Polsce królowały grupy prezentowane w radiowej Trójce przez Manna lub Kaczkowskiego. Były to głównie zespoły rockowe. Z trudem przebijały się w polskim radiu największe nazwiska czarnej muzyki. Można było czasem posłuchać Stevie Wondera, ale na Jacksona było jeszcze za wcześnie. Na rynku płytowym były prawie wyłącznie produkcje rodzime, z rzadka można było kupić jakieś płyty z NRD lub z Węgier. Wszystko, co pochodziło z zachodu, szło w Empiku spod lady. Ponieważ właśnie w Polsce w iście ,,dziki" sposób łamano autorskie prawa majątkowe, prezentując w radiu prywatnie przywiezione z zachodu płyty i nie przejmując się kompletnie jakimikolwiek protestami, więc w zasadzie tylko u nas prawie nie było licencyjnych płyt, a wydawnictwa zachodnie pojawiały się w śladowych ilościach, często w wyniku jakichś umów wiązanych Empiku z zachodnimi firmami.
W ten sposób pojawił się zespół Blackbyrds, amerykańska mało znana grupa, która tworzyła muzykę znacznie już odbiegającą od klasycznego soulu. Gdy udało mi się kupić tę płytę i posłuchać, byłem mocno zaskoczony. To było kompletnie coś innego, niż cokolwiek, czego słuchałem wcześniej. Muzyka była niesamowicie dynamiczna ze znacznie bogatszym niż w rocku instrumentarium. Zaskakiwała też niezwykła czystość dźwięku. Słuchacz przyzwyczajony do brzmienia typowych rockowych kapel lub do wymyślonej przez Phila Spectora ściany dźwięku znanej z muzyki wykonawców soulowych, ze zdumieniem zauważał niezwykłą wręcz precyzję instrumentów i ich rozmieszczenia na stereofonicznej scenie pozornej.Słychać było, że muzycy zespołu Blackbyrds są doskonałymi instrumentalistami, a również ich wokalne popisy świadczyły o wysokim profesjonalizmie.
Pamiętam, że dla mnie ta płyta była wręcz objawieniem. Jednak z innymi nagraniami tej grupy mogłem się zapoznać dopiero po upadku żelaznej kurtyny w 1989 roku. Nie wszystkie ich dokonania spodobały mi się tak samo, a płyta City Life do dziś jest na mojej liście ulubionych. Najlepsze utwory na płycie to tytułowy City Life i bardzo liryczny Love so fine.
A man can never have enough turntables.

Jean Michel Jarre z roku orwellowskiego - "Zoolook".

Kolejna płyta tego wielkiego mistrza elektronicznego brzmienia. W ogóle muzyka elektroniczna kojarzy się - kojarzyć się powinna - z eksperymentowaniem. Różnie to u różnych bywało; czasami tylko sam twórca wiedział jaki przekaz zwierają jego dźwięki. Tu mamy wszystko klarowne. A to też płyta z tych eksperymentalnych.
Po raz pierwszy kompozytor użył tu ludzkich głosów jako źródła nowych brzmień, jakby kolejnego instrumentu. W tamtych czasach było to wielkim novum.  Dzięki temu wyszła płyta inna od poprzednich -
bardziej twórcza, bardziej samodzielna, bardziej artystyczna. Mniej komercyjna. I to właśnie dzięki temu płyta ta pozostaje na pozycji znaczącej w całym dotychczasowym dorobku tego muzyka.
Do tej pory Jarre słynny był z tego, że tworzył i pracował sam - tutaj zaprosił do współpracy innych - to tez u niego pionierskie :) 
Świetne kompozycje, mocno zróżnicowane co do tempa i klimatu; mocno wciągające słuchającego i nakazujące mu, by nie tylko strzygł uszami, ale też myślał. Płyta czarodziejka...

To są właśnie te płyty z tych wyjątkowych.

JMJ i jego "Rewolucje" z 1988 roku.

Mam, mam... Ale płytka słaba. Taka sobie - nijaka.
Rewolucje w przemyśle. Wynalazki. Nowoczesność naszej obecnej cywilizacji. To motyw przewodni tego albumu. Stąd też i słyszymy różne przemysłowe dźwięki, odgłosy... Wszystko pomieszane z dźwiękami melodii poszczególnych utworów, które do górnolotnych raczej też nie należą. A te orientalne klimaty?

Płyta przerywnik. Wakacje w wykonaniu mistrza brzmień.  Komercyjnie fajnie, ale artystycznie już nie za bardzo. A może tak mi się tylko...



A ja dzisiaj Edith Piaf. Mimo że nagrania dokonane zostały ponad 65 lat temu, słucha się tego przedwojennego repertuaru wyśmienicie.
Słychać niedostatki dźwiękowe pomiędzy piosenkami z 1945 a 1960 roku ale co to był za głos.

Robiąc porządki w winylach znalazłem Niemiecki zespół Trio. Ten od "Da da da". Co za wariactwo ;D, jakieś szalone połączenie rocka, punka, disko ........ ;D

Jean Michel Jarre - "Randez-vous" - 1986r.

No, to już całkiem inne granie. Muzyk zatoczył koło i wrócił do źródła. Album zawiera sześć kompozycji, które tak naprawdę tworzą jedną spójną całość. Miało to wszystko zabrzmieć na specjalnym koncercie rocznicowym NASA, a w jego trakcie astronauta Ronald McNair przebywający w tym czasie na orbicie miał wykonać saksofonowe solo. Jak pamiętamy on, oraz pozostałych sześciu członków załogi wahadłowca Challenger zginęło w katastrofie krótko po starcie...
Saksofon i tak usłyszymy, w ostatniej części kompozycji. Do tego w tle słychać bicie serca.
Bardzo udany album, mocno rozbudowany brzmieniowo - jest tak jak lubię, stare dobre granie w stylu lat 70-tych.


LA PALOMA (najstarsze polskie nagranie)

Nie znam się, to się wypowiem.

Madonna, "True blue", 1986.

Esencja lat 80-tych. Madonna na szczycie. Poprzednie dwie płyty wywindowały ją na sam szczyt. Dopiero dwa krążki a już została okrzyknięta królową popu. Presja na kolejny hitowy album była więc ogromna. I znowu powtórka. Popowo i tanecznie. Taki jest ten album. Czyli tak jak wcześniej. Czyli 30 000 000 sprzedanych egzemplarzy.
Jest niesamowita. Nie stała się gwiazdką jednego sezonu co jej wróżono (i bardziej jeszcze - życzono). Płyta ta też zamknęła usta krytykom, którzy aż do tej pory zarzucali jej brak umiejętności śpiewani. Tutaj mamy już naprawdę rasowy, wyćwiczony, dojrzały wokal. Pop, a pop - ale z najwyższej półki.

Znacie utwór Madonny "La Isla Bonita"? Na pewno. Wymawiacie tytuł i myślicie: Madonna. A tymczasem była to kompozycja (dlatego, że pierwotnie instrumentalna) przeznaczona dla Jacksona i miała się ona znaleźć na jego płycie "Bad". Madonna napisała słowa i ma hicior. A, i zrobiła z tego takie sobie latino... Jak to królowa. Robi co chce :)

Madonna, 1989, "Like a prayer".

Mało jest wykonawców muzyki z gatunku pop, którzy potrafili zaistnieć tak długo na scenie i jeszcze się liczyć w tym światku. Madonnie się udaje, bo Madonna stale o to "zabiegała"; jak mogła i czym tylko mogła :)
Kolejna jej bardzo interesująca płyta. Kolorowa w brzmienia jak całe lata osiemdziesiąte, z kiczowatą okładką i skandalizującymi towarzyszącymi im wideoklipami. Bardzo przebojowa. Nie jest kalką poprzedniczek czy efektem odcinania kuponów sławy - to wyjątkowy przypadek, gdzie artystka pop stale się rozwija i kreuje przyszłość. Tu już słychać zapowiedź muzyki jaką chce tworzyć w przyszłej dekadzie. Już zapowiada większy, ambitniejszy krok w artyzm. To dopiero się pojawi w większej dawce na jej kolejnych krążkach. Na razie mamy solidne zakończenie ery glorious eighties...