Dużo czytam książek, oj dużo.
Nadal chodzę do biblioteki; nadal je kupuję i gromadzę... W zasadzie od zawsze to czytam kilka naraz. Przez kilka dni jedną, potem trochę następnej. Ale nie czytam wszystkiego. Nie lubię fantasy. Ani filmów, ani gier, ani książek.
Zamki, czarodzieje, smoki. Co to ma być?
Kiedyś mój kolega (dawnymi czasy był w Katowicach taki klub miłośników fantastyki) przynosił mi całe naręcza Fantastyki, czasopisma. Czytałem, ale nie fantasy. Jak już to SF w stylu Star Wars.
Zaciągnięto mnie na "Wiedźmina" - strata czasu.
Ale strasznie podoba mi się trylogia (filmowa) "Hobbit" i "Władca pierścieni".
Zamki, czarodzieje, smoki - a mnie nie wiedzieć dlaczego to się... podoba. :)
Sięgnąłem więc po książkę Tolkiena "Hobbit czyli tam i z powrotem". I szczęka mi opadła.
Jak pięknie napisana książka. Jakim wspaniałym językiem (tu duże brawa dla przekładu). Nie robiłem nic innego tylko trzy dni bitego czytania. Od deski do deski. I jestem zachwycony.
I to też pierwszy przypadek w moim życiu, kiedy nie jestem w stanie powiedzieć: książka lepsza od filmu.
Tutaj film jest równie dobry co ona. Chociaż są różnice. Inaczej są w filmie trochę opowiedziane pewne wątki, pewne dodane przez reżysera a nie występujące w powieści. Film jest też w odbiorze bardziej poważniejszy od papierowego pierwowzoru, ale nie zapominajmy, że Tolkien pisał ją z myślą o... dzieciach :)
A od tylu lat mam w swojej biblioteczce trylogię "Władca pierścieni". Od najbliższego weekendu sięgam więc po pierwszy tom. Definitywnie i ostatecznie :)
Sami powiedzcie, czy tak może wyglądać poważna literatura :)
ps: byłem święcie przekonany, że "Hobbit..." to także trzy tomy. A to tylko jedna, niezbyt gruba książeczka, którą szybko przeczytałem.
Jaka szkoda.
To akurat dość stare wydanie. Też czytałem w tej wersji (czytając pierwszy raz). Okładka kompletnie mi się nie podoba.
Książkę wypożyczyłem sobie w miejskiej bibliotece. Fakt, przez tę okładkę tylko bym na nią spojrzał i poszedł dalej :)
Sami widzicie jak to jest. Po przeczytaniu "Hobbita" nabrałem chęci na trylogię "Pierścieni". W dodatku jest w mojej biblioteczce... I co? I nic. Nawet nie popatrzyłem w tamtą stronę.
Ale owszem, w międzyczasie książka za książka - takie to moje starodawne pokolenie już jest (chociaż lepiej brzmi: klasyczne) :)
Teraz czytam o wyprawie Thora Heyerdahla na tratwie Kon-Tiki. Autorstwa samego autora tego wyczynu. Stare dzieje. I jak prześledziłem historię życia pozostałych członków wyprawy, to każdy zasługuje na odrębną powieść. Stare dzieje... Nikt z nich już obecnie nie żyje.
Ale będzie zima to podgonię! Obiecuję to! Po raz tysiąc sześćset dwudziesty ósmy!
Nie tak dawno czytałem refleksje jakiejś pani, która podróżowała dalekobieżnym Pendolino. Czytała książkę i przypętał się jakiś Brajanek, który nudził się potężnie. Zaczął zadawać pytania, więc pani mu odpowiedziała, że książki to są takie napisane rozmaite historie ciekawe, a czasem to są różne mądre informacje o świecie...
Po chwili podeszła mamusia, wzięła Brajanka za rączkę i powiedziała, że czytanie książek to jest kompletna strata czasu. Posadziła Brajanka na fotelu i puściła mu jakiś film z tabletu.
Muszę się Wam przyznać, że całkiem niedawno przeczytałem po raz któryś "Dzieci z Bullerbyn".
Tak, to lektura w drugiej klasie szkoły podstawowej. Ale to też i literatura z najwyższej półki. Pięknie pisana. I taka prawdziwa.
Dlatego odświeżam sobie teraz cały cykl o... Muminkach :) Zaczynam siódmą książeczkę.
A taka odskocznia od tych wszystkich "ważnych i mądrych" książek czytanych na co dzień :)