Jesień.
To czas, kiedy jest ciepło ale już tak nie praży. Kiedy słońce nie oślepia jaskrawą barwą cytryny jak to robi na wiosnę lecz delikatnie przyświeca kolorem dojrzałej gruszki. Kiedy świat pięknieje przybrawszy wszystkie kolory jakie tylko można sobie wyobrazić, kiedy powietrze niesie zapach palonych ognisk... I kiedy to dopiero człowiek odżywa!
Najlepiej w jesieni słucha mi się płyt, ogląda filmy, czyta książki... Teraz właśnie są najwspanialsze spacery, rozmowy o wszystkim... Chce się i chce się. Dopiero teraz to się człowiekowi chce żyć! Pięć razy tyle co zwykle!
Bo tyle mamy tych jesieni.
Najwcześniej przychodzi do nas jesień meteorologiczna - 1 września. Potrwa ona do końca listopada. Kolejna, astronomiczna jesień zacznie się 22 września. Dzień później, 23 września, powitamy tę kalendarzową. Około połowy września pojawia się natomiast jesień fenologiczna, zwana też przyrodniczą. Jej przybycie zwiastuje zmiana barw liści czy też dojrzewanie gruszek, śliwek, jabłek... Kończy się w drugiej połowie października. I jeszcze jesień termiczna. O jej przybyciu decydują średnie dobowe wahania temperatury (muszą się zawierać pomiędzy 5 a 10 stopni C). W zależności od obszaru Polski pojawia się różnie. Może to być nawet dopiero w połowie października...
Jesień. Najpiękniejsza pora roku. Najlepszy czas do życia.
Czas magiczny, bajkowy...
Jasne... szczególnie na Pomorzu, gdzie albo wieje, albo pada... albo pada i wieje. ;)
(http://r-http-40.dcs.redcdn.pl/http/o2/tvn/web-content/m/i/7501e5d4da87ac39d782741cd794002d/fc0394f2-379a-11e1-be09-0025b511226e.jpg)
I to jest właśnie fajne. Serio. Ta paskudna pogoda...
Przychodzisz do domu zziębnięty i przemoczony. I dopiero wtedy zauważasz jaki ten dom wspaniały! Suchy, ciepły, a z kuchni dolatują najwspanialsze zapachy świata. Ta sama zupa co zawsze dopiero smakuje takiej jesieni wybornie. W lecie tego nie uświadczysz.
Tak samo jak jedziemy samochodem. W lecie... tylko jedziemy. W deszczową jesień jedziemy wspaniale. Na zewnątrz mało sympatycznie - zimno, nawet już śniegiem zacina, i ten wiatr - a w środku przesympatycznie, sucho i ciepło. Najwspanialej jeździ mi się właśnie jesienią. Im gorsza aura tym te odczucia silniejsze.
Niech się schowają owoce morza przy owocach jesieni; mogą być nawet te niejadalne...
Z cyklu - Dziś pytanie, dziś odpowiedź...
Marcina z Urzędowa. Autor ,,Herbarza polskiego" wydanego drukiem w 1595 roku. Był też zielarzem i medykiem. Jako lekarz namawiał on do jesiennego picia grzańca. Na rozgrzewkę w słotne dni, dla wzmocnienia organizmu w ten czas - dla kurarzu albo tylko poprawy nastroju...
W każdym takim grzańcu winien znaleźć się imbir - najlepszy rozgrzewacz.
A oto jeden z zachowanych przepisów staropolskich na taki właśnie jesienny (i nie tylko) grzaniec:
Składniki: 1 gallon (4,55 l.) wina czerwonego, 3 oz. (ok. 90 g) cynamonu, 2 oz.(56 g) imbiru pokrojonego, 1 oz. (7 g) goździków, 20 ziaren pieprzu, 1oz.(28 g) gałki muszkatołowej, 3 lb. (1,4 kg) cukru, 2qt. (ok. 2 l.) śmietany.
Przygotowanie: ,,Weź galon wina, trzy uncje cynamonu, 2 uncje pokrojonego imbiru, 1 uncji goździków, 20 ziaren pieprzu, jedną uncje gałki muszkatołowej, trzy lb. cukru i dwie qt. śmietany" Wymieszaj wszystkie składniki i podgrzewaj powoli w dużym rondlu. Podawaj na ciepło.
Staropolski przepis z cukrem?
A ja poszukuję przepisów na nalewki bez cukru, lub z ograniczoną jego ilością.
Mimo tego moim przebojem jest porterówka. ;)
Na miodzie gryczanym oczywiście.
Hmm. To jest przepis z 1660 roku. Może to jakiś trzcinowy. Innego nie znali więc jest tylko cukier.
Chyba piramidon odkrył fałszerstwo. ;)
Podczas gdy na Bliskim Wschodzie cukier stawał się coraz popularniejszy i sięgali po niego także średniozamożni, w Europie był przez całe średniowiecze produktem ekskluzywnym, zazwyczaj lekarstwem podawanym w pigułkach jako remedium na ból głowy. Największym ośrodkiem handlu cukrem stała się Wenecja. W 1319 rozpoczęto dostarczać go do Anglii, gdzie osiągał znaczne ceny. W 1374 wyruszył pierwszy transport cukru do Danii, a w 1390 do Szwecji. W 1493 Krzysztof Kolumb zabrał ze sobą sadzonki trzciny cukrowej w drugą z podróży do Ameryki. Pierwsza plantacja powstała na Hispanioli (później zwanej Santo Domingo), a stamtąd uprawa rozprzestrzeniła się na cały Nowym Świat.
W okresie renesansu w Europie spożycie cukru było jeszcze niewielkie i wynosiło ok. 1 łyżki na głowę w ciągu roku.
To urywek z Wikipedii o cukrze trzcinowym.
Powiedzmy, ze w XVII wieku spożycie cukru było nieco większe niż sto lat wcześniej, ale nadal chyba był to za drogi produkt, by do grzańca stosować prawie półtora kilograma cukru. ;)
Nie dla magnaterii i co do bogatszej szlachty. To w końcu nasze rodzime porzekadło: zastaw się, a postaw się.
Ale mam i przepis na grzańca bez tradycyjnego cukru.
Grzaniec miodowy:
Składniki: 0,7 litra miodu trójniak, 1 pomarańcza, 2 laski cynamonu, sok z malin – 1 łyżka.
Przygotowanie: Myjemy i osuszamy pomarańczę. Obieramy ją i część skórki trzemy. Podgrzewamy miód w rondlu, dodajemy skórkę z pomarańczy, cynamon i sok malinowy. Przykrywamy i gotujemy (temperatura maksymalnie 80 stopni) na wolnym ogniu przez około 10 minut.
Ważna wskazówka przy przyrządzaniu sobie grzańców - grzaniec to nie zupa, nie wolno ich gotować!
Po obiedzie - może jutro - spacer: w poszukiwaniu pierwszych oznak jesieni. Później komisyjny wybór najładniejszego zdjęcia w temacie... Moze Unia się nie dowie, ze w komisji zasiadają członkowie jednej rodziny :)
Za oknem pochmurno...
Zapach świeżo zmielonej kawy; kolejny dochodzi z kuchni - jakieś ciasto w piekarniku...
A to jesień właśnie :)
Pamiętacie takie filmy jak "Podróż za jeden uśmiech", "Wakacje z duchami" czy "Stawiam na Tolka Banana"? Powstały na podstawie książek Adama Bahdaja. I jak to zawsze w takim przypadku bywa - książki są zdecydowanie lepsze.
Ja czytam książki przez cały rok. Ale właśnie jesienią dostaję mega kopa i połykam ich znacznie więcej. Właśnie jesienią to czytanie najbardziej mi pasuje.
Polecam czytającym (nie tylko jesienią) książkę wspomnianego wyżej Adama Bahdaja - "Telemach w dżinsach".
To inna książka niż te wspomniane wcześniej. Bardziej na poważnie. O chłopcu, który szuka swojego ojca. Ten odszedł od rodziny jakiś czas temu. Ale to co zwróciło najbardziej moją uwagę, to język jakim została ona napisana.
Jako, że nie posiadam talentu wspomnianego autora nie jestem w stanie tego co odczuwam czytając należycie wyrazić słowami. Może można się tego nauczyć, może trzeba się już z tym urodzić żeby tak pisać... Literatura na najwyższym poziomie. W książce dla młodzieży. Jak to mówią oni teraz - szacun!
Cytat: Darion w 24 Wrzesień 2016, 10:09:32Nie dla magnaterii i co do bogatszej szlachty. To w końcu nasze rodzime porzekadło: zastaw się, a postaw się.
Zastaw się, a postaw się, to raczej nie jest hasło bogaczy.
Jestem przekonany, że nie znalazłby się ten przepis w wersji oryginalnej z 1660 roku. Po prostu go nie ma. Dopiero w końcu wieku XVIII zaczęto produkować cukier buraczany na dużą skalę. Wtedy też szybko spadła cena. Także wtedy spadła cena cukru trzcinowego. Było to związane z konkurencją, a także ze zwiększeniem importu.
Pośrednio spadek cen cukru wiąże się z rozwojem technologicznym.
Znowu coś bez cukru, Hot grog:
Składniki: 4 łyżeczki miodu, masło – 2 łyżeczki, rum ciemny – 80 ml, sok z limonki 20 ml, gorąca woda.
Przygotowanie: Wlewamy miód do szklanki i zalewamy do 1/3 wysokości wrzątkiem. Dodajemy masło i mieszamy tak, by masło się rozpuściło. Dodajemy resztę składników i dopełniamy gorącą wodą.
I z cukrem, Skandynawski glögg:
Składniki: 500 ml czerwonego wina, 1/2 litra wódki, 10 ziaren kardamonu, 1 laska cynamonu, 1/2 pomarańczy, 1/2 kg cukru, 5 goździków, 1/3 szklanki rodzynek, 1/3 szklanki migdałów, 5 suszonych fig.
Przygotowanie: Podgrzewamy wódkę i wino z przyprawami, owocami i orzechami. Wrzucamy do garnka kawałek skórki z pomarańczy, wcześniej sparzoną wrzątkiem. Mikstura nie może się zagotować. Całość podgrzewamy na wolnym ogniu około 45 minut. Gotowy glögg przecedzamy przez sito. Można go wypić z owocami.
Grog rozpustnego marynarza.
(Ten przepis został odnaleziony w rękopisach Jarosława Haszka.)
Należy 0,5 litra wody zagotować z 2-3 ziarnkami ziela angielskiego, 6-8 ziarnkami pieprzu, 10 goździkami, dodać kawałek cynamonu, trochę skórki z cytryny, sok z całej cytryny i 0,5 kg cukru. Po zagotowaniu wlać 3 litry białego wina, 1 litr koniaku – i zagotować, ale ostrożnie, by całość nie wykipiała. Potem trzeba garnek postawić na stole, uchylić pokrywkę, parę zapalić i natychmiast przykryć.
Październik. 100% jesieni. Ciepełko października pozwala na częste spacery i długie dysputy w trakcie.
Może popołudniem jakiś ostatni grill...
Wieczorem winko i oglądanie zdjęć.
Albo winko i bardziej muzycznie...
W jesiennym klimacie oczywiście :)
W dawnej Polsce pijano nie tylko miody (z których kraj nasz wielce słynął) co wszelkiej maści nalewki. Mód pitny i właśnie nalewki były wtedy u nas tym, czym obecnie chwalą się Francuzi (szampanem) czy Szkoci (whiskey). Dobrem narodowym. Nalewki stanowiły kiedyś najbardziej wykwintny rodzimy trunek.
Każdy dom szlachecki miał swoje własne rodowe napitki a ich receptury stanowiły tajemnicę, którą dzisiaj określilibyśmy jako "tajneprzezpoufne". Nalewki były wszelakiego typu, smaku, mocy (nawet 75% alkoholu) i różnego przeznaczenia. Na apetyt, po obiedzie, jako lekarstwo...
W czasach Polski Szlacheckiej obowiązywał zwyczaj zbierania owoców na nalewkę przez panny na wydaniu. Musiały one same zorganizować zbiór dojrzałych owoców i następnie sporządzić eliksir. Jeśli kawaler, który starał się o rękę dziewczyny został poczęstowany nalewką to oznaczało, że rodzina panny go zaakceptowała.
Tinktura czyli nalewka to nie zwykły alkohol z gatunku smakowych. Takie "cuda" to teraz w sklepach są. Ze staropolską nalewką łączy je tylko nazwa na etykiecie. Nalewka to "woda życia". Zwłaszcza te, których bazę smakową stanowią zioła. Rośliny te zawierają ogrom substancji o właściwościach leczniczych. Kiedy zalejemy je roztworem alkoholu spowodujemy, że te czynne związki zostają wyodrębnione, rozpuszczone i prawie w całości wydobyte. Nazywa się ten proces ekstrahowaniem. Przechodzą one do alkoholu i tam są znakomicie konserwowane, tak więc mimo upływu czasu nic nie tracą na sile. Ten czas jest wręcz niezbędny w pierwszym etapie tworzenia naszej nalewki.
Musi bowiem upłynąć wiele dni a nawet wiele tygodni, by wszystko co cenne w roślinie przeniknęło do alkoholu. Obowiązuje ważna zasada: im silniej działa roślina – dotyczy to głównie ziół – tym mniej jej potrzeba. Chodzi o to, by stężenie aktywnych związków nie było za duże, bo wtedy nalewka zamiast pomóc, może nawet zaszkodzić.
Przy wyrobie nalewki powinniśmy przestrzegać kilku istotnych zasad.
-owoce należy zebrać, gdy są już bardzo dojrzałe, wtedy to właśnie zawierają w sobie najwięcej cennych substancji.
-moc alkoholu użytego jest bardzo ważna. Im większa, tym silniejsze właściwości konserwujące, ale gorsze wydobycie związków zawartych w roślinie czy owocach. Chyba, że dodamy cukru lub miodu, które przyśpieszają ekstrahowanie.
-żeby uzyskać nalewkę wytrawną stosujemy alkohol o mocy maksymalnej 60% i całkowicie pomijamy miód czy inny słodzik (cukry, syropy cukrowe).
-na początku, kiedy nalewka jeszcze pracuje, powinna stać w dość ciepłym miejscu, ale nie na słońcu. Potem wskazane jest trzymać ją w chłodzie. Musi być szczelnie zamknięta, by nie ulatywały z niej substancje eteryczne.
-najlepiej nadają się do tego butelki z ciemnego szkła
-nalewka idealna ma nie tylko intensywny smak i aromat ale i jest też absolutnie przezroczysta. Aby to uzyskać, musimy ją kilka razy przecedzić. Pomiędzy jednym procesem filtracji a drugim dobrze jest, by nalewka trochę "odpoczęła". Z kilka godzin.
Pijąc nalewkę delektujemy się nią. Po kropelce, po kropelce... Uzdrawiamy ciało, rozjaśniamy umysł...
A najlepiej stosować naleweczki właśnie teraz. Można na łonie przyrody. Kocyk, koszyk, kieliszeczki...
Nalewka jarzębinowa.
Składniki: 1 kg owocu jarzębiny, ¼ l spirytusu, ½ l wódki, ¼ kg cukru.
Sposób przygotowania: Najlepsze jagody jarzębiny są lekko przemarznięte. Obrać z gałązek, obsuszyć w letnim piekarniku, po czym przepłukać wrzącą wodą, wsypać do gąsiora i zalać czystą wódką. Gdy jarzębina dobrze już naciągnie – wódkę zlać do osobnej butelki, na jagody zaś nasypać cukru i tak je pozostawić na kilka dni. Kiedy cukier rozpuści się, zlać sok i zmieszać z pierwszą nalewką, jarzębinę przepłukać szklanką przegotowanej, ostudzonej wody i płyn ten również zmieszać z nalewką. Przefiltrować przez sitko i watę, dodać spirytus, wymieszać z nalewką i zlać do butelek. Powinna dojrzewać co najmniej miesiąc.
Nalewka z tarniny.
Składniki: owoce tarniny (tyle żeby spirytus je przykrył), ½ l spirytusu, 200 g cukru, ½ l wody.
Sposób przygotowania: Przemarznięte owoce tarniny opłukać starannie, włożyć do butli, zalać spirytusem, aby je przykrył, szczelnie zawiązać i pozostawić na miesiąc. Z cukru i wody zrobić syrop, kilka razy zagotowując. Do ciepłego syropu wlać pół litra esencji z tarniny. Dobrze wymieszać i przelać do butelek. Jeśliby esencja z tarniny nie była przeźroczysta, nalewkę należy przefiltrować. Po dwóch miesiącach można pić. Pozostałe owoce można zasypać niewielką ilością cukru, a po miesiącu gdy wyciągną spirytus, zlać esencję.
Nalewka anyżowa.
Składniki: 80 g rozmiażdżonych lub zmielonych ziaren anyżu, 5 g cynamonu, sok z 1 cytryny, 500 g miodu, 2 l wódki.
Sposób przygotowania: Anyż, cynamon, sok z cytryny i miód włożyć do gąsiorka lub dużego, szklanego naczynia, zalać wódkę i odstawić w ciemne, ciepłe miejsce na 4 tygodnie. Od czasu do czasu potrząsać naczynie. Po 4 tygodniach nalewkę przefiltrować, przelać do butelek, szczelnie je zamknąć i leżakować co najmniej 6 miesięcy.
W jesiennym klimacie...
Ładne? No pewnie. A to już wiele jesieni temu.
Nalewka orzechowa.
Składniki: 6 zielonych (niedojrzałych) orzechów włoskich, 0,5 l czystej wódki, 2 łyżki cukru.
Sposób przygotowania: Orzechy, zerwane na początku lipca drobno posiekać nierdzewnym nożem. Przełożyć do słoja i zalać alkoholem. Naczynie zamknąć i odstawić na 6 tygodni (co kilka dni potrząsać słojem). Następnie płyn przecedzić i zlać do butelki, a orzechy zasypać cukrem i odczekać, aż wytworzy się syrop (w tym czasie często wstrząsać słojem). Połączyć syrop z nalewem alkoholowym i odstawić jeszcze na 2 tygodnie.
Jałowcówka.
Składniki: 20-30 suszonych owoców jałowca, 1 l wódki czystej, 1 łyżeczka cukru.
Sposób przygotowania: Owoce jałowca zalać wódka, butelkę dobrze zakorkować, macerować je przez około 4 tygodnie (potrząsać butelką od czasu do czasu). Po upływie tego czasu wódkę zlać znad owoców do drugiej butelki, (najlepiej przez lejek z wata) osłodzić, wymieszać. Po paru dniach jałowcówka nadaje się do spożycia.
Ambrozja.
Składniki: 2-3 orzechy włoskie, 2-3 migdały garść rodzynek, ¼ laski wanilii 5 suszonych śliwek (nie wędzonych), ½ szklanki cukru, 1 l spirytusu,½ szklanki rumu lub brandy, 1 szklanka źródlanej wody.
Sposób przygotowania: Śliwki wydrylować, pestki lekko stłuc młotkiem (tak aby były popękane, ale żeby nie rozsypywały się na kawałki). Wszystkie składniki drobniutko posiekać, przełożyć do wyparzonego dużego słoja lub małego gąsiorka. Wodę zagotować z cukrem, ostudzić, wlać do gąsiorka razem ze spirytusem i rumem. Szczelnie zamknąć i pozostawić w chłodnym ciemnym miejscu na pół roku. Po upływie tego czasu przecedzić przez papierowy filtr do kawy. Bakalie zalać niewielką ilością gotowanej wody i pozostawić na 24 godziny, po czym przecedzić i dołożyć do gąsiora. Nalewka zyskuje po dłuższym leżakowaniu. Do smaku można dodać 1 szklankę dobrego wina gronowego (np. węgierskiego tokaju).
Wcześniej zapada zmierzch. Wcześniej się luzujemy...
Dla odprężenia w ten jesienny wieczór polecam płytę - "A day without rain", Enya, 2000r.
Tajemniczo i baśniowo brzmiące utwory wywołują wizje jak ze świata fantasy. Jest to świat, w którym jednak chętnie byśmy zamieszkali. Bajkowo się tego słucha.
Jeszcze ostatni wieczór września wyglądał u mnie za oknem jak pożar buszu w Australii. Niebo płonęło niesamowicie...
Ale od tamtego czasu leje już codziennie. :)
Dobra okazja, by "podgonić" z książkami. Postanowiłem sięgnąć po wszystkie "Samochodziki" Nienackiego. Niektóre czytałem jeszcze w podstawówce. Kilka wcale. Trudno znaleźć pewne wydania - nie ma ich nawet po bibliotekach. Na szczęście jest internet. Z 17 zostało mi jeszcze do przeczytania cztery. Te pisane przez innych autorów mnie nie interesują. Wprawdzie dla "próby" jedną zaliczyłem, ale jednak... nie. Pewnie trafiła mi się akurat ta jedna "bez klimatu"... :)
(zdziwiłem się ile ich jeszcze dopisali)
Likier herbaciany.
1/2 szklanki cukru
1/2 szklanki wody
5 łyżeczek czarnej herbaty liściastej
600 ml wrzącej wody
1 szklanka koniaku lub brandy
1 laska wanilii
Zagotowujemy cukier z wodą. Gotujemy 2 minuty na mocnym ogniu, studzimy. Do innego garnka wsypujemy herbatę i zalewamy ją 600 ml wrzątku. Zaparzamy 3 minuty, potem cedzimy przez gęste sitko wyłożone gazą lub ręcznikiem papierowym i mieszamy z syropem oraz koniakiem. Przelewamy płyn do karafki, wkładamy rozkrojoną wzdłuż laskę wanilii, zamykamy i odstawiamy na co najmniej tydzień w chłodne miejsce.
Napój z kwiatów lipy.
2 szklanki płynnego, lipowego miodu
2 szklanki i 50 ml spirytusu (mocnego)
2 goździki
1,5 szklanki kwiatów lipy
1 limonka
1/2 cytryny
Na 3 tygodnie przed okresem kwitnienia lip przygotowujemy miodówkę: zagotowujemy 2 szklanki wody z goździkami, wodę studzimy, dodajemy miód, mieszamy, wlewamy 2 szklanki spirytusu i jeszcze raz dokładnie mieszamy. Przelewamy do słoja, szczelnie zamykamy, odstawiamy na 3 tygodnie, co 3-4 dni wstrząsając słojem. Następnie dodajemy kwiaty lipy, odstawiamy nalewkę na 2 tygodnie w ciemne, chłodne miejsce. Potem zlewamy przez sito wyłożone ręcznikiem papierowym, przelewamy do butelki. Limonkę szorujemy namydloną szczoteczką, płuczemy w gorącej wodzie. Z połowy owocu cieniutko obieramy skórkę, dokładnie usuwając białe albedo. Skórkę wkładamy do czystego małego słoiczka i zalewamy 50 ml spirytusu. Odstawiamy na 2 dni. Odmierzamy 2 łyżeczki powstałego ekstraktu i dodajemy go do nalewki wraz z przesączonymi przez gazę sokami z limonki i cytryny. Dokładnie mieszamy, odstawiamy na 3 tygodnie do sklarowania. Następnie zlewamy nalewkę znad osadu, osad filtrujemy, łączymy z wcześniej otrzymaną nalewką. Lipówka powinna dojrzewać co najmniej 6 miesięcy w chłodnym miejscu.
Miodówka wrzosowa.
0,5 l spirytusu 96%
1 szklanka płynnego, wrzosowego miodu
1 kawałek ususzonej skórki limonki (oczyszczony z białego albedo)
sok z 1 limonki
sok z 1 pomarańczy
Miód lekko rumienimy w rondelku, wlewamy 1,5 szklanki ciepłej przegotowanej wody, wkładamy skórkę z limonki, zagotowujemy i odszumowujemy. Zdejmujemy z ognia, studzimy pod przykryciem. Usuwamy skórkę, wlewamy powoli spirytus, i stale mieszając, cedzimy nalewkę do słoja zamykanego na klamrę. Odstawiamy na 6 tygodni w ciemne chłodne miejsce, co 3-4 dni mocno wstrząsamy naczyniem. Po tym czasie dodajemy przesączony przez gazę sok z pomarańczy i limonki, starannie mieszamy i odstawiamy nalewkę na następne dwa tygodnie, co jakiś czas mieszając, potem pozostawiamy w spokoju do sklarowania, na koniec filtrujemy. Nalewka powinna dojrzewać miesiąc.
Cytat: Darion w 20 Wrzesień 2016, 21:28:42Jesień. Najpiękniejsza pora roku. Najlepszy czas do życia.
Czas magiczny, bajkowy...
Zaczęło się romantycznie, filozoficznie....Skończyło normalnie: alkoholicznie
Cytat: piramidon w 06 Październik 2016, 22:43:17Zaczęło się romantycznie, filozoficznie....Skończyło normalnie: alkoholicznie
W punkt. ;)
The End.
Środek jesieni w pełni chociaż rankiem w wielu miejscach w kraju można było dzisiaj spotkać aurę iście zimową - śnieżek. U mnie jeszcze na szczęście taki krajobraz...
Z każdym kolejnym dniem tego krajobrazu ubywa. W domu zapachy i klimaty nadal mam iście jesienne...
U mnie dzisiaj z rana zaczęło prószyć delikatnie śniegiem. To na koniec jeszcze parę fotek z jesiennych spacerów...
Coś na do widzenia w jesiennej tonacji...
Już odchodzi Jesień, oczekujemy Pani Zimy...
Chyba już blisko, czeeekaaam... :)
Jesień lubię spędzać w labiryncie...
Całkiem fajny taki labirynt.
Jest i jesień.
I oczywiście życie we mnie wstępuje... :)
Ja już po pierwszy jesiennym spacerku.
Mało luda, bo wieje i jest chłodno, i nawet coś kropiło. I dobrze.
A jak się potem wraca do ciepłego i suchego, to aż się czuje radość w środku...
Nie, nie widzę związku z butelczyną płynu z jakąś trawką w środku!
A Wy?
Jak spędziliście dzisiejsze popołudnie?
Też dziś spacerowałem. Po Gdańsku. Wybrałem czas pomiędzy deszczami.
Od kilku dni u mnie mglisto i raczej mokro; tu jeszcze z ostatniego słonecznego dnia październikowej jesieni...
Człowiek nic takiego na dobrą sprawę nie wymyślił czego by w naturze już nie było... Odwracamy fotkę i mamy na ten przykład Sisley'a :)
A ja sobie czasem lubię pomalować samemu. ;)
Komputerowo... ;)
Akwarelowo.
Znacznie ambitniej byłoby farbami, ale przestałem dawno temu... A czasem lubię coś poprzerabiać w komputerze.
Niżej tak wiosennie, na Costa Brava. Bo kolory jesieni kończą się szybko, a potem już tylko "szarość widzę, szarość".
...siezaczyna...
I właśnie o tej porze, kalendarzowej i dnia, najlepiej przy filmie albo fajnej książce.
Bardzo lubię to: