Autor Wątek: Prosta analogowa historia i skomplikowana cyfrowa rewolucja  (Przeczytany 1934 razy)

StaryM

  • Global Moderator
  • Autor
  • *****
  • Wiadomości: 3757
  • Vinyl Lover
    • Blog Belfra
Prosta analogowa historia i skomplikowana cyfrowa rewolucja
« dnia: 04 Czerwiec 2014, 14:01:54 »
    Pozwolę sobie przedstawić swój punkt widzenia. Teksty na ten temat napisałem juz jakiś czas temu na swoim blogu, ale tutaj ta tematyka bardziej pasuje. :)

    Artysta jaskiniowiec, który namalował słynne skalne obrazy w Lascaux, miał pewność, że jego dzieło jest jedno i jedyne, w jednym i niepowtarzalnym egzemplarzu. Jaskiniowiec z sąsiedztwa mógł przyjść i obejrzeć dzieło, mógł poprosić autora o namalowanie podobnego w jego jaskini lub spróbować samemu, ale nie było jeszcze mowy o możliwości zrobienia kopii.
    Malowidło skalne



    Średniowieczny mnich latami pisał lub przepisywał księgi. Księga średniowieczna była egzemplarzem wyjątkowym i niepowtarzalnym. Kopiowanie zajmowało lata, więc nie było czynnością powszechną i dostępną dla każdego. Liczba książek była ograniczona. Czytających jeden egzemplarz było wielu.



    Pomimo rozwoju cywilizacji, do końca lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku (w Polsce z dziesięcioletnim opóźnieniem) można mówić o cywilizacji analogowej. Stworzyło to pewien tzw. uzus postępowania z dziełami kultury. Dzieła sztuki nadal były niepowtarzalne i jednostkowe. Nikt nie zabraniał jednak fotografowania ich i wykonywania reprodukcji, bowiem reprodukcje były gorsze od oryginału. Śmiem twierdzić, że dużo gorsze. Od zarania kultury tworzono też kopie, zwykle nikt nie miał nic przeciwko temu, chyba że kopia udawała oryginał, czyli była fałszerstwem.
    Dzięki rozwojowi techniki niektóre wytwory myśli ludzkiej mogły być powielane. Poematy, powieści lub dzieła naukowe mogły ukazywać się teraz w wielu egzemplarzach równocześnie. Każda wydana książka była kopią oryginalnego dzieła o dokładnie tych samych właściwościach, co oryginał. Od pewnego momentu możliwość kopiowania zyskała także muzyka. Oczywiście, podobnie jak w przypadku obejrzenia oryginalnej Mony Lizy lub jakiejś rzeźby Michała Anioła, nic nie zastąpi oryginału, a więc koncertu artysty. Jednak postęp techniczny spowodował, że kopia występu (także studyjnego) była dostępna dla tysięcy odbiorców.
    Pojawienie się filmu uwolniło sztukę dramatyczną od jednostkowości teatru. Pomijam tu fakt, że powstał w ten sposób całkowicie nowy gatunek nieporównywalny dziś z teatrem. Możliwość rejestrowania nie tylko dźwięku, ale i obrazu dała możliwość podziwiania aktorów, których większość odbiorców nie miałaby szans zobaczyć "na żywo". Za sprawą rozwoju techniki sztuka stała się masowa.



    Strona materialna udostępniania dóbr kultury była jasna i czytelna. Poza wyjątkami za dostęp do tych dóbr się płaciło. Ludzie kupowali książki, płyty gramofonowe, bilety do kina, a później również kasety magnetofonowe lub magnetowidowe z nagranymi utworami. Może nie było to w smak producentom dóbr kultury, ale ludzie pożyczali też kupowane dzieła. Najbardziej oczywiste stało się pożyczanie książek. Zapewne wpłynęła na to długa tradycja bibliotek znanych już od starożytności. Możliwość wypożyczania książek była zwykle darmowa lub podlegała jakiejś niewielkiej opłacie.
    Jednocześnie kopię utworu mogła czytać, słuchać, oglądać jedna osoba (to pojęcie umowne, bo oczywiście jest, że np. muzyki może słuchać kilka osób). Producenci dóbr kultury przyjmowali tę zasadę za oczywistą i nie próbowali zabraniać ludziom pożyczania sobie płyt czy filmów. Sytuacja nieco zaczęła się zmieniać, gdy pojawiły się powszechne możliwości nagrywania utworów wideofonicznych. Nadal jednak rzeczą oczywistą było, że mając płytę gramofonową, można ja było nagrać na taśmę lub kasetę i grać w odtwarzaczu samochodowym lub innym przenośnym. Płytę pożyczoną od kolegi też można było nagrać i z tego powodu nie przychodziła do domu policja. W analogowym świecie obowiązywała jednak pewna zasada. Płyty gramofonowe się zużywały. Kopie wykonane na taśmie były jakościowo gorsze od nagrań z płyty, taśmy i kasety też się zużywały. Najbardziej widoczne było to w nagraniach filmów, gdzie już pierwsza kopia była zdecydowanie gorsza od oryginału i nie trzeba było mieć sprzętu najwyższej klasy, by się o tym przekonać. Zresztą trzeba przyznać, że to wydawcy filmów jako pierwsi zaczęli testować rozmaite sposoby na to, by uniemożliwić lub przynajmniej utrudnić kopiowanie popularnych kaset VHS.
    Degradacja jakości kopii miała swoje znaczenie. Jeśli ktoś chciał mieć dzieło w najlepszej możliwej jakości, musiał kupić oryginalny produkt. Po wielokrotnym odtwarzaniu płyty lub kaset również ludzie kupowali nowe, bowiem stare się zużywały. Płyty zaczynały odtwarzać więcej trzasków niż muzyki, kasety falowały, gubiły dźwięk lub obraz. Producenci mediów może nie byli specjalnie zadowoleni z możliwości pożyczania, ale do końca lat siedemdziesiątych nie ubiegali się o jakieś przywileje prawne w tym zakresie.
    Problem piractwa był wówczas związany raczej z tzw. obozem socjalistycznym. W polskim radiu bez oporów puszczano muzykę z płyt przywożonych z zagranicy prywatnie. Starsi słuchacze pamiętają być może audycje, w których zdarzało się prowadzącemu dziękować komuś za udostępnienie najnowszej płyty. Pojawiały się też falsyfikaty. Nie był to proceder nowy. Już w dawnych wiekach próbowano podrabiać znane obrazy, a w wieku XX pojawiły się podróbki znanych marek (poza sztuką - ubrania, galanteria, obuwie) oraz oficjalnie wydawanych płyt lub kaset. Samo zjawisko podróbek nie jest więc wynalazkiem nowym.
    Świat analogowy miał dość jasne i oczywiste reguły. Zwalczano zjawisko produkowania falsyfikatów i podróbek w miarę możliwości. Jednak do domu szarego Smitha, Millera, czy Johansena nie wchodziła policja, aby sprawdzić, czy ma on tylko legalne nagrania i czy nie kupił jakichś podróbek. Nie oskarżano klientów kupujących detalicznie podróbki, bowiem mogli i mieli prawo być naiwni, zostać oszukani i wprowadzeni w błąd.
    Wszystko zmieniło się, gdy świat z analogowego zmienił się w cyfrowy. Ale to już zupełnie inna bajka.

    Gdy pojawiły się płyty CD, dokonała się też całkowita zmiana w analogowym dotychczas myśleniu. Przy zachowaniu w pamięci mniej więcej dziesięciu lat opóźnienia polskiej rzeczywistości, powiemy, że ta cyfrowa rewolucja miała swój początek w latach osiemdziesiątych. Sytuacja, która się wytworzyła, była - wypisz, wymaluj - koszmarem prezesa wytwórni płytowej lub filmowej. Wymyślono sposób na kopiowanie muzyki i filmów w nieskończoność przy zachowaniu wszelkich walorów oryginału.
    Nie mam ambicji stworzenia pracy naukowej na temat cyfrowej rzeczywistości, ale chciałbym przedstawić pewien subiektywny przegląd obecnej sytuacji.
    Pierwszą zmianę zaobserwować można było w muzyce. Pojawiły się nagrywarki płyt CD i równocześnie czytniki płyt czytające nagrywane płyty. Użytkownicy byli zachwyceni, bowiem mogli dzięki temu nagrywać swoje własne składanki i korzystać z nich na swoim sprzęcie. Wydawcy delikatnie mówiąc zachwyceni nie byli. Jedna kupiona płyta mogła posłużyć do zrobienia wielu kopii dla znajomych, a ponieważ nie odbiegała jakością od oryginału, słuchacze nie mieli motywacji do kupienia płyty oryginalnej. Gorzej! Rozwój techniki komputerowej, coraz większe dyski i internet spowodowały możliwość wymiany plików także pomiędzy użytkownikami, którzy się nie znają. Krąg się rozszerzał. Pojawiły się płyty DVD, szerokopasmowy internet i do muzyki w sieci dołączyły kopiowane filmy.
    Koszmar prezesów koncernów medialnych sięgnął apokalipsy. Od lat już zastanawiali się, jak uniemożliwić kopiowanie i wprowadzali rozmaite zabezpieczenia. Podstawowe polegało na sztucznym wprowadzeniu błędu do zapisu płyty, która w ten sposób nie dawała się skopiować. Jednakże zaawansowane programy komputerowe w ręku zdolnego użytkownika potrafiły dokonać cudu. Płytę kopiowano bit po bicie, kopiując także błąd. Transmisja na płytach DVD została zaszyfrowana i potrafiły ją odszyfrować jedynie specjalne chipy w odtwarzaczach stacjonarnych oraz tylko niektóre licencjonowane programy komputerowe. Jednak te zabezpieczenia były kiepskie i szybko zostały złamane.
    Chyba właśnie wtedy pomiędzy wydawcami z jednej strony, a użytkownikami z drugiej, zaczęła się wojna na śmierć i życie. Wydawcy w trosce o swoje pieniądze zaczęli robić wszystko by utrudnić korzystanie ze swoich wyrobów wstawiając kolejne zabezpieczenia, niektóre - przyznajmy - wyjątkowo idiotyczne. Użytkownicy zaczęli wrzucać do sieci wszystko, co tylko się dało. Jak najszybciej po premierze, a najlepiej jeszcze przed nią. W procederze zresztą uczestniczyły często osoby z kręgów "poza podejrzeniem". Niektóre pirackie filmy pochodziły na przykład ze specjalnej edycji dla jurorów słynnego amerykańskiego Oskara.
    Do kuriozalnych elementów tej wojny można zaliczyć np historię z USA, gdy pewna wytwórnia wymagała aktywacji filmu przez Internet, co rozeźliło strasznie takich, którzy nie mieli internetu. Innym przykładem był słynny rootkit Sony, który miał za zadanie kontrolować, co użytkownik robi z płytą i wysyłać firmie raporty. Na niektórych płytach zapisywano auto-uruchamiające się programy, które nie pozwalały na używanie płyt w komputerze.
    Problem polegał na tym, że największe problemy mieli legalni użytkownicy, którzy z legalnych płyt chcieli korzystać. Złodziej miał już swoje sposoby, zgrywał muzykę lub filmy, a jeszcze częściej ściągał z internetu. Wszechobecność internetu spowodowała zresztą, że tradycyjne nośniki przestały mieć tak wielkie znaczenie. Młodzi ludzie lubili słuchać muzyki na urządzeniach przenośnych a rozwój techniki spowodował, że było to coraz lepsze słuchanie. Słynne sposoby wymiany plików w sieci zaczęły się od Napstera, potem była sieć Torrent i inne. Koncerny straciły władzę nad poczynaniami użytkowników. To spowodowało ich wściekłość i próby skarżenia przyłapanych użytkowników o ogromne często odszkodowania. Odszkodowania takie były niczym nie uzasadnione, a rzekomo utracone zyski wzięte z sufitu. Z drugiej strony nie oszukujmy się, dopasowywanie legendy o Robin Hoodzie do kradzieży muzyki i filmów jest wyjątkowym nadużyciem. Jednak i druga strona postępowała jak baśniowy troll na moście.
    Pewnego razu - i tu prawdziwy opis własnego doświadczenia - kupiłem utwór w internetowym sklepie. Wydawało się, że była to jakaś zmiana w podejściu do zagadnień internetu. Chciałem MP3, a dostałem WMA. Mój Linux nie gra zabezpieczonych WMA (DRM jest z Linuksem sprzeczne co do zasady). Musiałem się postarać o komputer z Windows. Trzeba się było zarejestrować i uzyskać dość skomplikowane hasło. Wpisać to hasło w Windows Media Playerze i już cieszyć się muzyką. Zrobiłem doświadczenie. Komputer odłączyłem od internetu i okazało się, ze po kilku dniach plik nie chciał się odtwarzać bez połączenia komputera z internetem i ponownego wpisania hasła. Wyobraźmy sobie teraz jak wściekły będzie klient, który kupi całą płytę i wgra do swojego odtwarzacza słuchawkowego, po czym każdy utwór usłyszy w formie krótkiego pisku. Będzie - delikatnie mówiąc - czuł się nabity w butelkę.
    To podejście na szczęście zaczęło się zmieniać. Pliki dziś są oznakowane, więc wprowadzenie takiej muzyki do internetu może skutkować nieprzyjemnymi konsekwencjami, ale nikt już nie utrudnia słuchania swojego pliku na dowolnym urządzeniu.
    Niestety tylko część rynku mediów poczuła wiatr w żaglach na szerokich falach internetu. Sprzedawane w ten sposób utwory są często zbyt drogie. Kupno jakościowo gorszych plików MP3 bliskie jest cenie prawdziwego albumu CD. A przecież odpada drukowanie, okładki, pudełka, cała sieć dystrybucji. Według niektórych ekspertów płyta w sieci powinna być tańsza o przynajmniej 30%, a nie jest. Większość producentów, zamiast pomyśleć o nowej idei sieciowego biznesu, zaczęła się domagać zmiany prawa w taki sposób, aby móc lepiej kontrolować, co dzieje się ze sprzedanymi płytami. Tak powstał pomysł ACTA.
    Najwygodniejszym sposobem dla producentów byłoby zakazanie nielegalnego kopiowania i przesyłania plików. Aby taki pomysł wdrożyć skutecznie, należałoby wyeliminować z rynku wszystkich małych providerów, zostawić tylko największych, którzy będą zdolni udźwignąć technologicznie i finansowo ciągła kontrolę użytkowników. Przy tych gigabajtach, które dziś wędrują w internecie jest to zadania karkołomne. W ogóle nie wiadomo, czy możliwe, a z całą pewnością mogące zwiększyć koszty dostępu do internetu wielokrotnie.
    Na dodatek niektóre działania wydawców przypominają machanie pięściami na oślep. Niedawno przeczytalem następujący tekst:
    The woman who posted a video of her children dancing to the Prince tune "Let?s Go Crazy" and waged a three-year court fight with a top record company over the clip, has been accused of violating a court order and could be held in contempt of court.
    Zaciekawiło mnie to i dowiedziałem się, że pewna mama sfilmowała swego bobasa podrygującego pupą w pieluchach przy dźwiękach wyżej wspomnianej piosenki, na co wytwórnia Uniwersal zareagowała roszczeniem dotyczącym prawa autorskich. Muzyka w tym klipie na Youtube jest trudna do rozpoznania i na pewno nie ma żadnej obawy, że ktoś to sobie nagra i zacznie słuchać zamiast oryginalnego utworu. Ktoś jednak okazał się idiotą i z takim roszczeniem wystąpił.
    Wielu moich znajomych pyta, co w tym ACTA jest takie złe, czy mamy popierać piratów (czytaj: złodziei)? Dlaczego niby ochrona praw autorskich w tym dokumencie jest zła. O zagrożeniach jakie niesie z sobą ACTA już kiedyś pisałem. Dziś tylko dodam, że w tym dokumencie o prawach autorskich jest niewiele, a jego wyraźny cel to zepchnięcie odpowiedzialności za zyski koncernów na wszystkich oprócz nich samych.
    « Ostatnia zmiana: 04 Czerwiec 2014, 14:06:48 wysłana przez StaryM »
    A man can never have enough turntables.

    Darion

    • Autor
    • *
    • Wiadomości: 2722
    Odp: Prosta analogowa historia i skomplikowana cyfrowa rewolucja
    « Odpowiedź #1 dnia: 07 Sierpień 2017, 18:44:22 »
    Od zarania kultury tworzono też kopie, zwykle nikt nie miał nic przeciwko temu, chyba że kopia udawała oryginał, czyli była fałszerstwem.
    Chyba jak się coś kopiuje, to raczej z definicji winno wyglądać jak oryginał. :)
    Oczywiście można książkę przepisać stronę po stronie pismem odręcznym na osobnych kartkach i mamy jakby "notatki" dla siebie. Możne też ją wydrukować, obłożyć, wytłoczyć na niej tytuł i  autora - ok, powiedzmy, że fałszerstwo.  Ale jak chcę tylko taki jeden egzemplarz dla siebie. Bo książka sprzed trzystu lat i nikt jej już nie wznowi. Jak to rozumieć? Jak to odnieść w stosunku do takiego klona/repliki.
    I tu dochodzę do sedna. Co z klonami w strefie audio? Fałszerstwo czy nie? Karalne takie działanie czy też nie? Kiedyś zasugerowałem pewnym "kloniarzom", że wszystko wskazuje na to, ze popełniają przestępstwo. Nie potrafili mi tego wyjaśnić tylko... opier....li. :)  Ale na Allegro umieszczali: "sprzedam klona..."
    « Ostatnia zmiana: 07 Sierpień 2017, 18:48:20 wysłana przez Darion »

    StaryM

    • Global Moderator
    • Autor
    • *****
    • Wiadomości: 3757
    • Vinyl Lover
      • Blog Belfra
    Odp: Prosta analogowa historia i skomplikowana cyfrowa rewolucja
    « Odpowiedź #2 dnia: 07 Sierpień 2017, 19:28:28 »
    Prawnie fałszerstwo jest wtedy, gdy kopia udaje oryginał. Zatem jeśli siądziesz przed Monalizą w Luwrze i namalujesz na własne potrzeby kopię wręcz idealną i podpiszesz "Darion kopia z oryginału" to jest ok. Ale jak zechcesz sprzedać jako oryginał, to już przestępstwo. W przypadku książek sprawa jest nawet prostsza, robi się pięknie wydane reprinty starych książek. To dozwolone i częste nawet, bo książek sprzed stu lat nie chronią już prawa autorskie, należą do domeny publicznej. Jeśli reprint sprzedasz jako oryginał, zacierając stopkę, która o tym mówi, to już przestępstwo. Gdybyś przepisał czyjąś treść i wydał jako własną, to jest plagiat. No i przestępstwo.
    W przypadku sprzętów audio raz jeden miałem do czynienia z podróbą. Jeśli ktoś usiłuje sklonować  sprzęt na własny użytek, to jest prawnie dozwolone. Oczywiście w praktyce nigdy to nie będzie idealnie wierne oryginałowi z wielu powodów. Jeśli ktoś będzie sprzedawać i  napisze "sprzęt wykonałem według wzoru X na własne potrzeby i teraz sprzedaję, bo..." to jest prawnie w porządku, ale jeśli będzie nalepiał oryginalne logo, to oszustwo i karalne przestępstwo. Firmy często starają się utrudnić amatorom DIY klonowanie sprzętu, ale zabronić nie mogą.
    A man can never have enough turntables.

    Darion

    • Autor
    • *
    • Wiadomości: 2722
    Odp: Prosta analogowa historia i skomplikowana cyfrowa rewolucja
    « Odpowiedź #3 dnia: 07 Sierpień 2017, 21:58:30 »
    Czyli jeśli się bardzo postaram, zastosuję te same komponenty (zwrotnice, głośniki od tego samego producenta, kolor i tekstura jak w oryginale itd) i mój klon będzie wyglądać kropka w kropkę tyle, że nie umieszczę na froncie znaczka tego producenta, to będzie wszystko ok?  Ewentualnie umieszczę jeszcze stosowne zdanie na nalepce z tyłu obudowy.

    StaryM

    • Global Moderator
    • Autor
    • *****
    • Wiadomości: 3757
    • Vinyl Lover
      • Blog Belfra
    Odp: Prosta analogowa historia i skomplikowana cyfrowa rewolucja
    « Odpowiedź #4 dnia: 07 Sierpień 2017, 22:39:18 »
    Jeśli nie będzie udawać oryginału i będzie oznaczony w sposób nie budzący wątpliwości, to nie jest to karalne.
    A man can never have enough turntables.

    Bertrand

    • Animator
    • *
    • Wiadomości: 1566
    • Re-Animator
    « Ostatnia zmiana: 03 Grudzień 2017, 16:09:48 wysłana przez Bertrand »
    Nie znam się, to się wypowiem.

    Tiny URL: